emigrantka34 27.03.10, 12:17 i z jakich kulinarnych rozpust tam sie dopuszcza. ehhh Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
fettinia Re: ciekawe co tam u krysi 27.03.10, 16:59 Krysia sie pasi na egzotycznych przysmakach i smazy na sloncu,ktorego nie ma u nas Ech..z jednej strony zazdroszcze,ale z drugiej to troche boje takiej egzotyki Odpowiedz Link
very.martini Re: ciekawe co tam u krysi 30.03.10, 00:18 Pozostaje Ci terapia behawioralna 16%VOL 22%VAT -- takie tam... forum homeopatia Odpowiedz Link
krysia2000 Proba lacznosci 30.03.10, 05:36 Sawat-dii-k'a! No to pisze znad plazy w celu nawiazania lacznosci, ale krociutko, bo w tej kafejce doja farangow (czyt. biale krowy). Znajde jakas dwa razy tansza radiostacje i nadam dluzsza depesze. Dolecielismy szczesliwie, choc z kilkoma przeszkodami po drodze, ale nic nie do obejscia. Co do egzotycznych przysmakow, Emi, to troche musze rozczarowac. W dobie absolutnej i doslownej globalizacji oraz masowej turystyki egzotyka zarezerwowana jest juz chyba tylko dla eksplorerow ekstremalnych i profesorow specjalistow poszukiwaczy rzeczy wymarlych. Pat tai serwowane niczym bigos tuz obok hamburgerow, hotdogow i omletowatej impresji nt. roti albo krejpsow to nie jest nic, czego juz bysmy gdzies kiedys nie jadly. Z tego miedzy innymi wzgledu nie ma sie co Fetti bac tej egzotyki. Zasmucic sie jedynie na miejscu mozna zuzyciem turystycznym tej niegdys z pewnoscia uroczej krainy. Po prostu kolejne Kanary, tylko ze jeszcze drewniane i slonce swieci pionowo z gory przez 365dni w roku, nawet kiedy pada deszcz. No dobra, jedna ezgotyczna kulinarna przygode przezylam i to pierwszego wieczora w Bangkoku. Jako ze zadekowalismy sie w malo turystycznym zakatku - tuz obok dworca Uonguian Yai, to nocne stragany z zarelkiem byly wlasciwie properly miejscowe. Zero menu dla farangow, czasem w ogole zero menu, cena tez chyba umowna, skoro udalo mi sie kupic trzy lizaczki z grilowanej w kokosowej glazurze wieprzowiny za 5 batow pierwszego wieczora, za 10 drugiego, a Mirka skasowala ta sama babunia za 20. Obok tego zjadlam przepyszny slow roasted pork belly (muu) w rzadkim sosie (keang bodajze na to rozrzedzone kari mowia), przypominajacym chinskie kung-po, gdyby nie przenikajacy wiekszosc tajskich dan aromat kokosowego mleczka (ktory jakze odlegly jest od tego, co nam sie kojarzy ze smakiem kokosa). Jesli chodzi o kapsaicynowe uderzenie, to raczej wszedzie podaja utluczone chili w sosie (rybnym, ostrygowym, albo oleju kokosowym z octem) w musztardoweczkach obok, do podostrzenia wg uznania. W porownaniu z bardziej meskimi odmianami indyjskich kari, to tajskie smaki to wesole giglotki z przyszczypywaniem brodawek. A jesli chodzi o wykastrowane pod farangow wersje serwowane w restauracjach (drozsze od street fooda dwu a nawet 4 krotnie), to juz w ogole zaden fun. Nie wiem tylko, czy dobrze robie zjadajac wszystko z misek, lacznie z ogonkami wenezuelskich krewetek, drewniana trawa cytrynowa, bambusem, galangalem i cala reszta. Ale na razie zemsta Montezumy mnie nie trapi, mimo stolowania sie w towarzystwie karaluszkow, szczurow i polpanskich psow wielkosci spasionych swin (to w ten pierwszy wieczor na bangkokskiej Pradze). Sam Bangkok dosc duza populacje sciemniaczy ma i dojarzy bialych krow. Jeden Hindus spotkany przez nas na lotnisku dosadnie sie raczyl wyrazic w trakcie milej konwersacji, ze 90% mieszkancow Bangkoku to cziters. Przekonalismy sie o tym na wlasnej skorze, juz pierwszego dnia. Podziele sie wiec kilkoma radami z tymi z Was, ktore sie planuja kiedys tam wybrac, a jeszcze nie byly ani tam, ani w podobnych miejscach z rozwinieta nieoficjalna kultura golenia frajerow. Taksowki: zawsze upewnij sie, ze kierowca zrozumial, gdzie ma jechac i zawsze pros o cennik z taksometru. Miej przy sobie mape i obserwuj droge w trakcie jazdy. Inaczej czeka Cie rejs krazownikiem po wszystkich uliczkach i przeplacenie o 100 do 200 procent tego co powinnas. Typowe numery: kierowca udaje ze nie rozumie gdzie ma jechac, kierowca udaje ze nie zna topografi miasta, kierowca udaje ze niedowidzi i z trudem przez wielka lupe doczytuje sie adresu, nawet jesli napisany jest tajskim skryptem. Wszystko oczywiscie w milej atosferze tysiaca usmiechow. Tuk-tuki: lepiej nie korzystac, chyba ze chce sie kupic trzy koszule szyte na miare u zaprzyjaznionego hinduskiego krawca (i 20 nielegalnych chinskich szwaczek na zapleczu), zwiedzic chinska szlifiernie kamieni szlachetnych (na ile sa szlachetne to juz mi nie oceniac, bo wyksztalcenia geologicznego ani jubilerskiego nie mam), zatankowac u szwagra, zajrzec tu i tam, moze masazyk, moze towarzystwo lejdibojow... To wszystko po drodze oczywiscie do Krolewskiego Palacu. Uliczni nagabywacze: idziecie sobie ulica i rozmawiacie i nagle ni stad ni zowoad odwraca sie do was miescowa osoba i plynna angielszczyzna zagaduje oferujac pomoc w dotarciu do jakiegos miejsca. Za chwile typowo zapyta jak dlugo juz tu jestescie. Wyceniaja w ten sposob, czy jestescie swiezy towar, czy moze juz przeszkolony kilkoma przygodami farang, wiec lepiej powiedziec ze jest sie juz tu enty raz i dwunasty dzien. Zapytaja tez, gdzie sie wybieracie po Bangkoku i co byscie nie powiedzieli, okaze sie, ze on stamtad pochodzi i doradzic moze, jak najtaniej tam dojechac. (trafu trzeba w 65 milionowym panstwie i 10 milionowej stolicy) Najczesciej zaprowadzi was do biura podrozy, mieszczacego sie dwa kroki stad i dostanie za was prowizje. Jesli macie zorganizowane wszystko zawczasu, nie ma sensu prowadzic z nim dluzszej konwersacji, mimo iz przedstwi sie jako doktor nauk politycznych, lekarz, prawnik, czy obyty w swiecie biznesmen i ogolnie bedzie mily. Rownie usmiechnieci po prostu wywincie sie z rozmowy. Zeby nie bylo, ze tacy madrzy jestesmy, to przyznam sie, ze Zenek 3 koszule ma. Sliczne i pasuja jak ulal, choc sylwetka jego uszczuplila sie o 3000 baciorow w portfelu. Jest to tylko ok. 300 zl, co w porownaniu wloskimi koszulami czy lepszymi wolczankami po 400-500 zl za sztuke nie jest zlym dilem. Jakosciowo nie jest to ekstraklasa, ale tez absolutnie zadna tandeta. Dowoza poza tym do hotelu i gotowe maja w 8-12h. Garnitury takze, po ok 4000 batow za spodnie, marynarke i krawat. W dobie niedoborow krawcow meskich w Europie to calkiem fajna rzecz sobie wyrychtowac gajer spod igly, a nie przetrzepyywac rozmiarowke i isc na kompromis typu "rekaw ok, ale bary za waskie". Krajobrazy w Krabi rajskie, jesli zignorowac nagarniany przez fale na brzeg plastik, wszechobecne blade twarze (w tym i moja), oraz poranny halas traktorow i lodek z kopcacymi dizlowskimi silnikami. Ale to jest juz fakt przyrody, a nie prognoza, ze jestesmy jedna wielka globalna wiocha. Cieszyc sie wiec, jakby jadeitowo to nie zabrzmialo. Konczac i wracajac w kulinarne klimaty: jutro sie z siora wybieramy na lekcje tajskiego pichcenia. Zamierzam sprobowac swoich sil z pieczonym kaczym cycem w czerwonym kaeng, smazona ryba w posypce z nerkowcow, "zupki" z owocow morza z kokosowym mleczkiem. Nazwy podam pozniej, jak tylko opanuje jezyk ponad "sauat-dii-k'a" (dzien dobry [ja, pani]), "k'om-kun-k'a" (dziekuje [ja, pani]), "k'ao" (ryz), "kai" (kurczak), "kung" (szrympy), "plaa" (ryba), "muu" (wieprzowina). Odpowiedz Link
fettinia Re: dobre! 3maj sie! n/t 30.03.10, 10:01 nooo-swietna relacjaczekam na jeszcze jak bedziesz miec wolna chwile Odpowiedz Link
diegosia chyba sobie zapisze :) 30.03.10, 10:01 Numer z taksowkami byl mi znany - z wlasnego doswiadczenia w Shanghaju i kumpeli opowiadan z Wietnamu (jej byly lepsze ) No i ciekawam opowiadan ze szkoly gotowania! Odpowiedz Link
amused.to.death Re: chyba sobie zapisze :) 07.04.10, 18:07 no jeśli chodzi o taksówki to w sumie nie trzeba wyjeżdżać z Polski czy innego kraju, żeby tak oszukaliDD a co do tuk-tuków - to ja lubię - bawi mnie strasznie pędzenie przez zatłoczone ulice - nie wszyscy zawożą do sklepów Odpowiedz Link
emigrantka34 Re: Proba lacznosci 30.03.10, 10:17 hehehe wiedzialam, ze nie wytrzyma i sie odezwie. nie wiem czy to juz pisalam, ale moja psiapsiola z dziecinstwa, co to byla w Tajlandzie na wakacjach na poczatku lutego, wrocila rozczarowana Bangkokoiem pod wzgledem kulinarnym - ze podobno street food jest w ogole nieostry jest, ze wszystko pod turystow i w ogole do d...y...ale byla tam tylko dwa dni, wiec moze chodzila nie tymi sciezkami, co trezba, hihi Odpowiedz Link
pani.serwusowa Re: Proba lacznosci 30.03.10, 10:25 Tez pomyslalam wczoraj o tym, ze pewnie Krysia napisze cos z wojazy, zanim na dobre wroci. No, ale takiej relacji sie nie spodziewalam. Odpowiedz Link
bene_gesserit Re: Proba lacznosci 30.03.10, 13:45 krysia2000 napisała: > Sawat-dii-k'a! > > No to pisze znad plazy w celu nawiazania lacznosci, ale krociutko, To bylo krociutko Odpowiedz Link
krysia2000 Re: Proba lacznosci 30.03.10, 17:03 Niie smiac sie prosze, taka juz wylewna jestem. Ale tylko w wirtualu, bo realnie to buzia w ciup, jak prowincjonalna damulka. Wlasnie wrocilismy z kolacji u pseudohindusa (pamietajcie, jesli lokal nie ma 100 procent obsadzenia personelem czystej krwi hinduskiej, pundzabskiej, bangladeskiej, tudziez pakistanskiej, to zapomnijcie o tym, ze to co wyladuje na stole bedzie prawidlowym indyjskim jedzeniem - niby tajska kultura niedaleko od indyjskiej lezy, ale curry i tajskie kaeng to sa troszku inne bajki), upojeni chnagiem po drodze zjedlismy rotii z nerkowcami (rotee to takie roti, tylko mocno jajeczne, na jakiego typu mace to nie3 wiem, ale nie omieszkam spytac). Co zas sie tyczy sceny popularnego zarcia w Bangkoku to oprocz tego, ze street food sie ugrzecznil pod farangow, to jeszcze centra handlowe z mall food courtami porobily swoje. Na topie sa pierogarnie "chinskie", sushiarnie, pizzerie, grill housy, itp. fast foody. Cenowo jednakze sa duzo drozsze od street fooda, z wyjatkiem tego serwowanego w obleganych przez farangow miejscach typu Chinatown, czy grzeszny Patpong. Na tym koncze, bo juz 22.00 gdzina dochodzi i czas smutki potopic w barze, w towarzystwie tlustych Australijek. Odpowiedz Link
krysia2000 Juz po lekcjach 03.04.10, 05:08 Ej, ebrywady! Sorki, ze tak posrodku nocy w przedswiateczna atmosfere sie Wam wtryniam, ale wybaczycie chyba. Uprzedzajac pytania, czemu sie nie relaksuje na plazy, a siedze w necie odpowiem krotko: plaza jest nuuuudna. Ilez mozna siedziec w sloncu i udawac ze to zdrowe przysmazyc sobie skore na wsciekla czerwien? Albo plywac od boi do boi, uwazajac przy tym, aby Tajow - w zdecydowanej wiekszosci nie plywajacych, tylko stojacych w wodzie po pas w pelni ubranych i w pomaranczowych kapokach - nie potracic i nie daj Buddo utopic. Ile mozna w milczeniu przesuwac wzrokiem po przymglonym horozyncie, przygladac sie zacumowanej dla turystow dzonce na tle wapiennych wzniesien i udawac, ze sie nie zezuje na toplessowe torsy Szwedek i nie zazdrosci i nie komentuje po cichu? Ile mozna rozpamietywac w pelnym sloncu wlasna skrywana samotnosc i przyczajona bezdomnosc? Wiec siedze tu, szczera, niezawoalowana netowa nerdka. I pisze... Poszlysmy wczoraj z siostra na kurs tajskiej kuchni. Stosunkowo niedrogi (1200batow za pokaz 5 dan, ktore sie potem zjada), wiec nie powinnam sie spodziewac czegos niesamowitego, ale w naiwnosci swojej myslalam, ze chociaz paste samodzielnie w mozdziezu bedziemy tluc. Albo prosty dip objasniony bedzie. Nic z tego. Czerwona pasta curry sklada sie z czerwonej pasty curry wyciaganej lyzeczka z puszki. Wrzuca sie na rozgrzany wok i tyle. Baza gotowa. Podobnie z innymi pastami i wiekszoscia kondymentow, przypraw i dosmaczaczy: gotowe przemyslowe, suto doprawione MSG. Pani prowadzaca nie byla w stanie uchylic rabka tajemnicy odnosnie past. Ryz tez zreszta juz gotowy byl. Nic to, wujek Google, ciocia Wiki i dziadek Tivi mi powiedza co i jak, przy okazji snujac barwne opowiesci o dalekich kolorowych krainach, na ktore nie wjechal jeszcze poranny traktor z dostawa paszy do obor dojnych krow. Istny przeklety paradoks turystyki i podrozy w ogole - dokadkolwiek by nie uciec przed soba, zawsze na miejscu odnajdziesz siebie. W towarzystwie podobnie naiwnych uciekinierow. Nic chyba bardziej nie unaocznia swiatowego przeludnienia i zagrozen z nim zwiazanych, jak te plaze pozastawiane rzedami lodek napedzanych dizlem, wszechobecny plastik wyrzucany co przyplyw na brzeg, ludzki babilon polnagich cial dobrowolnie wystawionych na bezlitosny zar i zaduch, oraz mieszanina swadow grillowanych mies w kokosowej marynacie, mydlin z odchodami sunacych wolno za cienkimi rurami kanalizacyjnymi do asenizacyjnych zbiornikow przy morzu oraz wlasnych, zawstydzajaco przepoconych stop. Jasne, to jest masowa turystyka. Na elitarny teatrzyk tropikalnej arkadii w pieciogwiazdkowych hotelach z klimatyzowana sluzba na kazde skinienie, o tysiacu usmiechow przyklejonych do twarzy na razie nas nie stac. Jestesmy polbiurowymi-polfabrycznymi niewolnikami na chwilowym wybiegu, gdzie dogladaja nas inni, kateringowi niewolnicy. A o zapasc w tym cyrku obwinia sie ruch Czerwonych Koszul i bylego premiera na wygnaniu w Malezji. Dosc o tym. Po powrocie przejrze notatki z kursu, zobacze ktore ze skladnikow sa dostepne i postaram sie przygotowac kilka tutejszych potraw. Poznalam mniej wiecej sposob przyrzadzenia tom yam goong (kung), poh piah thod, phat thai (goong), kaeng phanaeng gai, oraz banany (albo dynia) w kokosowym mleczku. Poznanie ograniczylo sie w zasadzie to pokrojenia na desce warzyw i machania lycha w woku. Gotowe sajgonki prowadzace przekroily za nas. Dobra, ide sie ponudzic na plazy. A nuz spotkam kume Jenny, o ktora otarlam sie przedwczoraj w barze na kawie, ktorej filizanka tutaj jest towarem luksusowym, wartym tyle co wielka porcja pat thai. Wieczorem odwiedzimy grillownie, gdzie ceny sa przynajmniej dwukrotnie wyzasze niz street food, ale za to mozna domniemac, ze mieso i ryba sa swiez(sz)e. Trzymajcie sie cieplo i pilnujcie jaj na pisanki! Odpowiedz Link
jacek1f oszukali Krysie w piasku:-( 03.04.10, 15:41 narobila Krysia wrzasku... To oszustwo! mam na mysli kurs mieszania w łoku, a nie masowa turystyke. Szkoda. Odpowiedz Link
krysia2000 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 05:44 Spoko luzik, Jaca. Za te pieniazki w tym miejscu trudno bylo sie spodziewac "authentic Thai cooking courses". Przewodnik z 2007 roku podpowiada mi, ze calodniowy kurs indywidualny, gdzie w kucki siedzac tlucze sie rytmiczne melodie w mozdziezu, odwiedza lokalny rynek i dokonuje zakupow wszystkich skladnikow i inne takie nurzanie sie w lokalnej kuchni kosztowal od 120 do 160 hamerykanskich dularow. W chwili obecnej bedzie drozej. Turystyka mocno podbila ceny, wiec osobom planujacym budzet wakacyjny w tych stronach polecam o zaopatrzenie sie w jak najswiezsze dane w tym temacie. Zeby nie bylo zdziwienia, kiedy trafi sie na plaze dla zlotej euroameroaustralo mlodziezy i sie zobaczy kanapke z tunczyka za 150batow (15zl). Zwykla kanapke na rozmieklym tostowym chlebie. Bez loda z polykiem. Po drugiej stronie wysepki, niecale 800 metrow dalej za te same pieniadze zje sie pad-taj z deserkiem z kleistego ryzu i mango. Poza tym sytuacja polityczna jest nieco chwiejna obecnie. Pisalam juz o Czerwonych Koszulach - Ludowym Sojuszu na Rzecz Demokracji, opozycyjnym ruchu domagajacym sie przyspieszonych wyborow i przywrocenia poprzedniego populistycznego premiera Thaksina Shinawatra, obalonego w wyniku wojskowego puczu. Dotyczas demonstracje przebiegaly pokojowo, lecz przywodcy ruchu zaczynaja przebakiwac cos o zaostrzeniu form protestu, do zamachow na panstwowe urzedy wlacznie. Brzmi to nieco surrealistycznie, kiedy tak sobie siedze w cieniu w kolejny upalny poranek i pisze nie niepokojona przez nikogo, choc wsciekle czerwona koszulke na sobie mam. Zobaczymy, jak sie sytuacja rozwinie. W kazdym razie taki model gospodarki i prowadzenia polityki, jaki jest udzialem Tajlandii nie gwarantuje stabilnosci. Hierarchiczny uklad spoleczny, w ktory doskonale wpisuje sie tania turystyka dla bialych krow sluzy jedynie elitarnej garstce. Wiekszosc Tajow to rolnicy w pocie czola uprawiajacy ryz. Podawanie do stolu farangom, swiadczenie cielesnych uslug, czy przeprowadzka do Bangkoku, zeby machac lopata w budowlanym pyle, albo kluczyc taksowka po labiryncie stolecznych ulic i uliczek, to dla wielu z nich jedyne opcje spolecznego awansu. Nie ma wiec co sie dziwic, ze zawdziewaja czerwone t-shirty i glosno domagaja sie zmian. Tak czy owak uzupelnilam wiedze na temat wykonywania past do kaeng od podstaw, wiec w dzien powrotu mam nadzieje zachaczyc o jakis rynek w Krabi i nabyc droga zakupu swiezy galangal, liscie kafiru, mleczko kokosowe, paste krewetkowa, troche zielonych i zoltych czili i przygotowac w domu wlasnorecznie pasty, do zamrozenia i pozniejszego wykorzystania. Tu gdzie jestem, takich lokalnych rynkow nie ma: same sklepiki z blyskotkami dla farangow. Nastepnym razem wybiore sie w polnoc kraju: Chiang Mai, Isan, te sprawy. Nastapi to prawdopodobnie za 35 lat, ale jak powiada Konfucjusz, najdluzsza nawet podroz zaczyna sie od pierwszego kroku. Spijcie slodko! Odpowiedz Link
emigrantka34 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 09:30 cholera, 120 - 160 dolarow za jednodniowy kurs - to chyba chodzi o jakies luksusowe kursy, przez samego thomspona organizowane moze co, gdyz nawet tutaj jednodniowy kurs drogiej kuchni francuskiej mozna znalezc w tej cenie (no nie bedzie to cordon bleu, ale przyzwoita mala szkola)? to juz lepiej w tek ksiazke thompsona zainwestowac krysiu, oprocz shrimp paste nie zapomnij o malych, suszonych krewetkach, bo one trudne do dostania sa; zamrozisz je sobie i bedziesz miec na dluzszy czas, Odpowiedz Link
krysia2000 Re: oszukali Krysie w piasku:-( 04.04.10, 11:57 Z cenami to tu jest istne szalenstwo, nakrecone glownie przez molocha masowej turystyki. Siedem lat temu pewnie wszystko bylo taniutkie jak barszcz, a obecnie jak dysponujesz skromnym wakacyjnym budzetem, to zaczynasz narzekac, niczym ceper na Krupowkach. Nic to, zjadlam wlasnie w knajpce "na ulicy" przepyszne goong pat kee mao (styrfraj moczymordy z krewetkami), nie tak znowu ogniste, za jedyne 60baciorow (6zl) i szczerze polecam ten drewniany lokalik komukolwiek, komu przydarzy sie zawitac na polwysepek Railay. Wschodnia plaza, przy brzegu, na "deptaku" pomiedzy Yaya Resort a Anyavee Resort. Przybytek nazywa sie po prostu "Thai Food". A zaraz napije sie kapuczino - "real coffee - freshly ground" za jedyne 85batow. Juz pisalam chyba, ze kawa (nawet ten slodki ulepek w puszeczkach) to w Tajlandii symbol statusu, jak niegdys najtanszy nawet Jas Wedrowniczek w barku sekretarza PZPR. Jutro ostatni dzien, wiec zamierzam poplynac do Krabi i przetrzepac tamtejsze stragany, Tesco, Biedronki i Asdy (tak, tak, jak na 26.000 mieszkancow, to ta miescina wygladem az za bardzo przypomina nasz MacSwiat, z hipermarketami nastawianymi po drodze na lotnisko jeden po drugim) w poszukiwaniu kilku lokalnych specyjalow, m.in. pasty krewetkowej. Przy okazji pykne kilka zdjec spoza plazy. Pewnie bedziecie chcialy obejrzec takie obyczajowe lizniecia miejsc przez faranga, nie tylko kulinarne cudenka serwowane na plastikowych talerzykach? Odpowiedz Link
jacek1f Mma nadziej, ze Krysia wydostala sie od Tajow, bo 07.04.10, 11:18 tam nieciekawie zaczyna sie rozbic... Odpowiedz Link
fettinia Re: Mma nadziej, ze Krysia wydostala sie od Tajow 07.04.10, 11:48 tez mam nadzieje,ze wrocila..cala i zdrowa Odpowiedz Link
krysia2000 A wydostała się, wydostała. 07.04.10, 16:11 I to w dodatku w czerwonej bluzeczce, hihihi. Zaraz ogarnę się i przygotuje pobieżną fotorelację. Odpowiedz Link
amused.to.death Jeśli chodzi o ceny kursów... 07.04.10, 18:27 Krysiu, ja myślę, że pech polega na tym, że znalazłaś się w tak strasznie turystycznym miejscu i tam właśnie robiłaś kurs - niestety po pierwsze za dużo ludzi - więc to już się robi masówka, a po drugie pewnie większość turystów jest zainteresowana jedynie takim 'liźnięciem' kuchni tajskiej i może część nawet nie chce robić takiej pasty. Z ciekawości aż zerknęłam na stronę z kursem gotowania w Chiang Mai gdzie byłam przez dwa dni - codziennie od 10 do 16.00. Tam właśnie najpierw kupowało się produkty na targu, a pasty robiło się samodzielnie w moździerzu (co wtedy przeklinałam, bo wcale nie było to proste) Cena obecnie to 990 Bhatów za dzień (ok. 90 zł) - czyli bardzo rozsądnie i jak widać za jakość wcale nie trzeba dużo płacić. Dodatkowo każdy dostał książeczkę z przepisami z wszystkich pięciu dni (bez względu na to ile dni się było). W każdym bądź razie, jak będziesz chciała to ja mam przepisy na: Green Curry Paste Chiang Mai curry paste Panaeng curry paste Re Curry Paste Yellow Curry paste - właśnie ze szkoły Kurcze, naprawdę żal, że taki był twój kurs - bo dla mnie było to jedno z lepszych doświadczeń tajskich. Ale nudzenie się na plaży też w sumie nie jest złe - ja bym się chętnie ponudziła Odpowiedz Link
emigrantka34 Re: Juz po lekcjach 03.04.10, 15:55 cholerna szkoda. zwlaszcza tych past curry. trzymaj sie, musze konczyc bo mam tu urwanie glowy, nie szalej zanadto! Odpowiedz Link
krysia2000 I po ptokach 07.04.10, 23:21 Od kilku godzin jesteśmy z powrotem w oziębłej Europie. Dopiero teraz czuję się zmęczona i zaraz padnę trupem, tylko jeszcze dokończę, co zaczęłam. Wróciliśmy szczęśliwie i bezproblemowo. Nie wiem, jak się obecnie sytuacja polityczna kształtuje w Tajlandii, ale kłopotów większych z powodu protestów nie mieliśmy. Opowiadam zatem, jak było. Rasowe globtroterki proszę przy tym o nieśmianie się z naiwnych turystek i ich opowieści dziwnej treści. Na miejsce dotarłyśmy największym obecnie pasażerskim samolotem: Arbuzem A380. Na zdjęciu poniżej widać, jaki jest ogromny i pojemny. Za wskazanie Krysi na fotografii nagród nie przewidujemy. Niestety, zdjęć z pierwszej nocnej wyżerki w Bangkoku nie zrobiłam, a szkoda, bo troszkę hardkor był, jak sobie przypomnę. Widzicie, ja trochę wygaszona jestem na to, co się na bieżąco dzieje wokół mnie, niczym mnich Zen. Dopiero potem mnie nachodzi refleksja i sobie przypominam patrząc na zdjęcia, gdzie ja właściwie byłam i co robiłam. I też sobie przypominam tak samo zdarzenia, których nie utrwaliłam na fotografii. Albo w zeszycie do grafomanienia. Rano dopiero bliżej przyjrzałam się miejscu, gdzie zlądowaliśmy. Oto i ono: Ulica Somdet Phra Chao Tak Sin, tuż obok dworca kolejowego Wong Wian Yai. Ulica, jak ulica, ale mnie wieśniaczce takie widoki podobają się. Ruch, zgiełk i ludzie. Po śniadaniu, na które był między innymi ryż kleisty z mleczkiem kokosowym i mango, poszliśmy na miasto i się trochę przejechaliśmy... tuk-tukami. Na szczęście pikiety Czerwonych Koszul zablokowały centrum na tyle skutecznie, że nawet tuk-tukiści utknęli w korkach i już nas dłużej powozić po ośrodkach dla frajerów nie mogli. Dalej szliśmy z buta, po drodze jedząc uliczne takie różne, jak na przykład rybę z ryżem. Pewnie można było bogatszy zestaw dostać, ale to był mój drugi dzień w Bangkoku, więc syjamskiego nie opanowałam na tyle, żeby babuni serwującej wytłumaczyć, co bym najchętniej zjadła. To była prawdziwa uliczna gastronomia, z kuchenki na kółkach, bez menu, bo przecież każdy widzi, co jest. Następnego dnia jeszcze poszwędaliśmy się jeszcze po okolicach pl. Syjamskiego i polecieliśmy na południe. Na rajskie wczasy. Na wczasach, jak na wczasach: czy to Ustronie Morskie, czy St. Tropez, klimat jest zasadniczo podobny. Udawać, że lenistwo może być pożyteczne i zdrowe. Proszę zwrócić uwagę na szczególnie okrutną metodę polowania na białe foczki (fot. 4), stosowane przez miejscowych rybaków. Foczkę zwabia się podstępnie do wody jej lazurem i ciepłotą (fot. 1 i 2), po czym nie spodziewającą się niczego złego ogłusza się łopatami silnika łodzi (fot. 3). Ogłuszona foczka przetransportowana jest następnie na pokład pirackiej dżonki (fot. 5), gdzie staje się niewolnicą całej załogi. Na fot. 6 ukazana została skala problemu przetrzebienia populacji foczek. Plażowych obyczajów ciąg dalszy. Fot. 1 - nielegalni poławiacze pereł. Fot. 2 - miejscowe elity biorą udział w akcji ratowania rozbitków (fot. 3) z utkniętego na rafie koralowej tankowca. Fot. 4 - zbliżenie na piracką dżonkę w momencie dostawy kolejnej partii foczek. Na pierwszym planie na dole widoczna zbiegła sztuka. Wbrew pozorom to nie jest dzielnica uciech, a miejsce religijnego kultu. Tutaj z bliska: W końcu wybrałyśmy się do szkoły kulinarnej. A wyglądało to mniej więcej tak: Krysia i Zdzisia dostały po jednej deseczce i nożu na 2 osoby. I musiały pokroić w paseczki markiewkę, trawę cytrynową, galangal, chili i grzybki. Czosnku już nie, bo to za trudne. Prowadząca zajęcia przemiła Oum zebrała od wszystkich uczestników szkolenia pokrojone warzywka. Podpalili nam ogień po wokami, podregulowali gaz i pod czujnym okiem instruktorek pozwolono nam usmażyć nadzienie do sajgonek. Po uformowaniu sajgonek (z gotowych mrożonych płatów, ofkors Krysiu) pozwolono je nam samodzielnie ufrytować. Jednakże trudną sztukę przekrojenia ich na pół zarezerwowały dla siebie prowadzące. W ten sposób "przygotowałyśmy": Sajgonki Pod Piah Thod, Phat Thai, Kaeng Pha Naeng, Tom Yum, I banany w mleku kokosowym. A nie, przepraszam, do bananów nawet się nie dotknęłyśmy, bo to niezwykle skomplikowany deser jest. (Za podpowiedź o Chiang Mai dzięki bardzo Amused. Już teraz za późno, ale następnym razem w Tajlandii zdecydowanie wybiorę się na północ właśnie, szerokim łukiem omijając tajskie Kanary. Mam tylko nadzieję, że do tego czasu jeszcze się trochę "autentycznej" Tajlandii ostanie.) Trochę się jeszcze pławiłam w tych luksusach ośrodka zamkniętego, a to pijąc kawę droższą od obiadu miejscowego... ... a to wpierdzielając co popadnie, łącznie z rotee z nutellą: ... a to oglądając ustawiony meczyk muai thai (zdjęć brak). Byczyłam się nawet na tej zachodniej, lepszej plaży, szczególnie cenionej przez lepiej urodzonych (i lepiej uposażonych) wczasowiczów, ze względu na takie wieczorne widoki: Czyż to nie romantyczne? Nawet jeśli zaplecze romansu wygląda tak? Odpowiedz Link
krysia2000 Re: I po ptokach 07.04.10, 23:23 W końcu nie wytrzymałam i się wybrałam łodzią do miasta. Ku wolności. Mimo, iż Railay robi, co może, aby wczasowiczowi jawić jako miasto: to jednak nie jest to, to samo co miejscowość prawdziwa, nawet taka dziura jak Krabi: Metropolia, no nie? Trafiłam tam wreszcie na prawdziwy, cuchnący targ, a nie przybasenowe restauracje z zawyżonymi cenami: I nabyłam, drogą zakupu: Intensywnie rozmiękły, słodkomdlący, woniejący lekko nadpsutym owocem durian o śmietankowym miąższu, deserki z durianowej pasty, oraz inne takie, z których jutro wykonam pasty. Tak mnie przy tym refleksja naszła taka... ... że to ani już nie ja, ani jeszcze nie ja. W końcu ruszyliśmy w powrotną drogę... I dotarliśmy. To pisałem ja. Nie Krysia. Odpowiedz Link
emigrantka34 Re: I po ptokach 07.04.10, 23:48 zajebista relacja, kryska. teraz szybko przelecialam co prawda, zatrzymalam oko na paciajowatym pad thaiu - wyglada ok, teraz lece spac, glodna i jutro doczytam dokladnie. p.s. a dlaczego myslalam, ze wy tam na trzy tygodnie ? spijcie dobrze! Odpowiedz Link
bene_gesserit Re: I po ptokach 08.04.10, 00:23 Jak widac - podroze nie tylko ksztalca, ale tez i zmieniają. Odpowiedz Link
fettinia Re: I po ptokach 08.04.10, 09:03 Rewelacyjna relacja!! Pomimo wielu niedogodnosci jednak troszke po cichu zazdroszcze Odpowiedz Link
pani.serwusowa Re: I po ptokach 08.04.10, 10:42 O, jaka piekna relacja. Do poczytania zostawiam sobie na przerwe na lunch, wybiore sie w wyobrazni w egzotyczne miejsca. Odpowiedz Link
amused.to.death Re: I po ptokach 07.04.10, 23:32 yessssuuuuu....ale ja bym sobie zjadła takiego naleśnika z nutellą!!! - i z bananem - strasznie mi one smakowały Fajne zdjęcia - z przyjemnością obejrzałam. A co do Chiang Mai - to ja sobie już od kilku lat planuję, że jak w końcu się wybiorę do Laosu i Wietnamu to koniecznie przez Bkk i Chiang Mai, żeby właśnie o tę szkołę gotowania jeszcze raz zahaczyć. A do chłodnej Europy pewnie ciężko wracać, co? Ja to lubię też takie plażowo-nadmorskie widoczki - czuję się wtedy jak w raju. A co do braku turystów - jakby jeszcze dalej na południe pojechać też by było mało turystycznie A, no i jak ci durian smakował i pachniał? Bo dla mnie zapach nie był aż tak zły jak mówią, ale smak mi nie odpowiadał Odpowiedz Link
krysia2000 Re: I po ptokach 08.04.10, 19:52 Ciężko wracać? O ile w Tajlandii przypomniałam sobie, że mam jeszcze gruczoły potowe i że skóra moja potrafi się spalić, o tyle tutaj dać o sobie dał reumatyzm. Wszystkie mnie po zimnej nocy gnaty od rana bolą. A jeszcze wczoraj, mimo klimatyzacji i nagości prześcieradło przez senny ukrop rozkopywałam. No ale przynajmniej w chłodnej Europie stopy mi nie śmierdzą. Dalej na południe? Masz na myśli dżungle Malezji? Durian smakował mi, i owszem. Nie śmierdzi jakoś zabójczo, jak głoszą legendy i ostrzegają znaki zakazu wnoszenia. Jednak zbyt intensywnie słodki, żeby zjeść więcej niż dwie sztuki miąższu. Coś jakby się dobrać do paczki troszkę mniej lepkich werthersów. Z małych co nieco smakowały mi ponadto lody kokosowe podawane w koszyczku z liścia banana skleconego zszywkami biurowymi i przyozdobione czerwoną fasolą, takie wafelkowe placuszki ze słonymi wiórkami kokosowymi (nazwy nie spamiętałam, zresztą po angielsku była), grillowane na węglach wieprzowe sataje w marynacie kokosowo-miodowej oraz frytowane wontony w Chinatown. Za to absolutne danie tej wycieczki to zjedzony w ostatni wieczór krab w kari, Boo phat phong kari. Piszę "kari", bo gęstością sos (a właściwie to sos zmieszany z posiekanym mięsem kraba) przypominał bardziej dania indyjskie, niż typowe tajskie "zupowate" kaeng. Jeszcze następnego dnia na palcach czułam intensywny krabowy aromat. Znalazłam właśnie przepis i z pewnością kiedyś upichcę sama. Tymczasem sama wykonałam pasty czerwoną i zieloną. Na pierwszą poszło: 1 szalotka, 1 gałązka trawy cytrynowej, 4 czerwone tajskie chili ("mai pet, mai arawy"), 4 ząbki czosnku, cal galangalu, 2 łyżki pasty pomidorowej, 1,5 łyżeczki cukru, 1/2 łyżki startego kminu, 1 łyżeczka sproszkowanej kolendry, 1/4 łyżeczki białego pieprzu, 3 łyżki naam plaa, 2 łyżeczki pasty krewetkowej, 2 łyżeczki chili w proszku, 2 łyżki soku z limonki, pół patyka cynamonu i ok 80 ml mleczka kokosowego. Zieloną pastę wykonałam za to z: gałązki trawy cytrynowej, 3 zielonych tajskich chili, szalotki, 5 ząbków czosnku, cala galangalu, ubitej szklanki posiekanych liści kolendry, po pół łyżeczki startego kminu, białego pieprzu i nasion kolendry, 3 łyżek naam plaa, łyżki pasty krewetkowej, 2 łyżek soku z limonek, łyżki brązowego cukru, 4 listków kaffiru (bez ogonków) i 4 łyżek mleczka kokosowego. Mam nadzieję, że niczego nie przeoczyłam. Może podeśleś receptę na pastę Chiang Mai? Do Fetti: nie ma czego cicho zazdrościć, tylko się głośno pakować trzeba. To naprawdę nie jest tak daleko. Jakieś 11 tysięcy km. Odpowiedz Link