W Polsce mamy swoje afery ze staropolskimi pierniczkami, farszem z kapusty i grzybów, czy pijanych keksach, które sporządzić nalezy najlepiej jeszcze pod koniec sierpnia, żeby na samą Wigilię tylko talerze porozkładać i telewizor nastawić na kolędy w wykonaniu Agnieszki Chylińskiej takciempragneoje!
Kumy wyspiarkie wiedzą dobrze, że i tam mają swoje małe ostańce tradycji, a to w postaci gwiazdkowego puddingu, co się 6 godzin gotuje, a potem 6 niedziel na stryszku dojrzewa i potem 2h przed podaniem znowu gotuje i podaje polane syropem z tofi i łiski. To robiłam w zeszłym roku, a w tym, zgodnie z obranym przez siebie kierunkiem ciastkarskim pokazuję Wam tutaj, a nie na Galerii Potraw, jak samemu zrobić mincemeat, czyli syropowo-łojowo-brendziochowo-cytrusowe nadzienie z posiekanych suszonych owoców o mylącej nazwie. Wypycha się nimi okołoświąteczne ciasteczka słodkokruche (proporcje mąki do tłuszczu do cukru takie mniej więcej jak w pate sablee), kształtem przypominające minipaje i zwane mince pies.
Wiem, wiem, że każda kumocha jukejska albo ajryska je jadła i prawiła przy tym miejscowym morały na temat wyższości makowca nad takim papkowatym przesłodzonym i przekwaśnym wypiekiem, ale po latach doszła do wniosku że in London do as the Romans do i zaczęła się nimi objadać jak opętana. Tylko że kupnymi, takimi z M&S albo innego Waitrose, fabrycznie zapakowanymi w jakiś motyw ze szkockiej kraty, że niby swojsko-babcine są. No więc w ramach mojej prywatnej wędrówki ku źródłom pokazuję jak w zjadliwy sposób pozbyć się ze spiżarni nadmiaru bakalii, narosłego przez miesiące rzucania się jak dziecko z ADHD podczas zakupów na słodkie przepisy i potem ich nie wykonywania, bo zabrakło czasu, bo trzeba było w soboty nadgodzinki trzepać, żeby odłożyć na nowy telewizor 3D, w którym zmarszczki Ramzeja będą jeszcze realistyczniej odwzorowane i jeszcze bardziej przekonywać nas będą do wypróbowania nowych przepisów... podczas zakupów. ;o)
Tradycyjnie nadzienie do mince pajów składa się z suszonych porzeczek, jagódek, rodzynek i sułtanek, ale ja akurat miałam za dużo daktyli, kalifornijskich śliwek i figów, kupionych już tak dawno, że zaczęły obrastać cukrowym nalotem i niedługo by nóżek dostały. Więc użyłam prawie 600g ogółem:
- suszonych porzeczek,
- suszonych żurawin,
- suszonych daktyli, pokrojonych w kostkę,
- suszonych fig, pokrojonych w kostkę,
- i trochę rodzynek, tyle co się znalazło na dnie opakowania tesko walju.
Do tego doszło:
- sok i skórka z 2 średnich cytryn,
- sok i skórka z jednej dużej pomarańczy,
- 200g ciemnego, melasowego muskowado,
- 1 duże japko, babcia Kowalska w moim przypadku, choć paskudnie przekwaśne Bramleje są odpowiedniejsze,
- i 150g wołowego łoju.
A na koniec 4 łyżki dobrej brendy, choć i szlachetna irlandzka whiskey też by dała radę, na trochę inną nutę, ale grało by.
Wykonanie jest banalne. Do rondla dałam bakalie i pokrojone w kostkę jabzo, zasypałam cukrem i łojem, zalałam sokiem z cytrusów, wymieszałam i zostawiłam do przegryzienia na noc, przykryte ręcznikiem. Rano nastawiłam piekarnik na 120 stopni i wstawiłam do środka rondel, od góry przykryty płatem alufolii. Ale już bez ręcznika. Zapiekałam przez ok. 2 i pół godziny. Zapytać można, czy nie łatwiej było na gazie rondelek postawić. Otóż aby zapobiec możliwości skarmelizowania się cukru w takim minsmicie lepiej jest całość zapiec w niskiej temperaturze. Każdy cukiernik wie, że przy 120 stopniach Celsjusza syrop znajduje się w stadium tzw. twardej kuli. I o taką równomierną lepkość gotowego nadzienia będzie nam chodzić. Przy podgrzewaniu na gazie trzeba byłoby mieszać i mieszać i baczyć, żeby spód się nie przypalał. A tak do pieca i see you in two and a half hours time, sweetie.
Po wyjęciu z pieca i przestudzeniu sosu (tu trzeba trochę zamieszać, żeby równomiernie stygło na sam koniec dodałam brendy. I znowu można zapytać, czemu na koniec. Ponieważ każdy gorzelnik wie, że alkohol ulatnia się w temperaturze 78,4 stopni C, więc piekąc przez dwie i pół godziny takie pijane nadzienie w temperaturze zdecydowanie wyższej nic by nam z alkoholowego dodatku nie zostało. A chodzi nie o smak, ani baśniowy element, a o konserwujące właściwości etanolu, dzięki którym takie nadzienie przechowa się w szczelnie zamkniętym słoiku nawet i rok.
Jak się dalej piecze takie ciasteczka z minsmitem to pokażę następnym razem, a tymczasem wracam do tłumaczenia wielce pasjonującej pracy o łokciu tenisisty.