Dodaj do ulubionych

Sami swoi i obcy

17.03.11, 12:56
Robimy razem rodzinny album
Chcemy stworzyć rodzinny album przesiedleńców. Opowiedzieć, jak 65 lat temu startowali w nowe życie na ziemiach zachodnich. Odchodzą ostatni przedstawiciele pierwszego pokolenia Kresowian, drugie - ich dzieci, a także trzecie - wnuki, przechowują opowieści z pierwszych lat na zachodzie w rodzinnej tradycji. Właśnie o nie nam chodzi. Czekamy na historie krótkie i długie, śmieszne i smutne, intrygujące i dramatyczne. I zdjęcia z pierwszych lat - na nich szczególnie nam zależy!
Adres: ''Gazeta Wyborcza'' - Wrocław, plac Solny 2/3, 50-060 Wrocław
E-mail: samiswoi@agora.pl
wyborcza.pl/swoiobcy/0,0.html
Kapituła Nagrody im. Dariusza Fikusa wyłoniła tegorocznego laureata. Jego nazwisko zostanie ogłoszone 22. marca podczas gali wręczenia nagrody w Press Clubie.
W głosowaniu kapituły wyłoniono troje finalistów. Spośród 47 dziennikarzy zgłoszonych do nagrody najwięcej głosów otrzymali: Mirosław Maciorowski („Gazeta Wyborcza Wrocław”wink za cykl publikacji „Sami swoi i obcy”, Ewa Siedlecka („Gazeta Wyborcza”wink za cykl publikacji o Trybunale Konstytucyjnym oraz Teresa Torańska („Gazeta Wyborcza”wink za wywiad z minister Ewą Kopacz.
Nagroda jest przyznawana za artykuły wydrukowane w języku polskim i w polskiej prasie w poprzednim roku.
pressclub.pl/?page_id=909
Obserwuj wątek
    • liberum_veto Cel podróży nieznany 24.03.11, 17:47
      Podczas tzw. pierwszej repatriacji w latach 1944-46 z Kresów przesiedlono na ziemie zachodnie prawie 1,12 mln Polaków.*
      wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8808983,Cel_podrozy_nieznany.html
      To, że zostawią ojcowizny, przeczuwali od wiosny. We wsi nagle pojawiły się rodziny łemkowskie, przesiedlone spod Gorlic. Po prostu wprowadziły się do chat Polaków i przez kilka miesięcy żyły z nimi pod jednym dachem. A latem, podczas żniw, pojawił się człowiek z trąbką. Sołtys zawsze wysyłał go, jak chciał zwołać zebranie. Antoni wrócił z informacją, że będą musieli opuścić wieś.

      Wkrótce potem rozpoczęła się rejestracja chętnych. Można było zostać, wystarczyło podpisać podanie o sowieckie obywatelstwo, ale Huta to polska wioska, więc spośród ponad 150 rodzin zdecydowały się tylko trzy - mieszane, polsko-ukraińskie.

      W czasie wojny mieszkańcy Huty mieli szczęście, bo jakimś cudem ich domy omijali banderowcy. Kilka razy w środku nocy trzeba było co prawda uciekać - do lasu albo w kukurydzę - ale to wszystko. Wsi nigdy nie spalili. Gorzej z sąsiednimi. Do Korościatyna, zaledwie kilka kilometrów od Huty, przyszli w nocy. Podpalili chałupy, a gdy uciekali z nich przerażeni ludzie, strzelali do nich jak do kaczek. Wymordowali 40 rodzin. Ci, co ocaleli, zdejmowali rano ze sztachet w płotach ponabijane na nie dzieci.

      Spalili też oddaloną o trzy kilometry Markową. Zamordowali tam ojca Kaśki Danylczuk - sąsiadki Turkiewiczów przez sień. Banderowcy wywlekli go z domu, kazali uklęknąć i zarąbali siekierą. Matka i brat zdążyli uciec do lasu, a potem do Kaśki do Huty.

      Strach przed bandami był powszechny, nawet gdy przyszli już Ruscy. Rejestracja na wyjazd przebiegła więc szybko. Ludzie żałowali ojcowizn, ale jeszcze bardziej bali się o życie.

      Na początku października Turkiewiczowie i Olejnikowie wyruszyli w 40-kilometrową drogę do Dżuryna. Po drodze większość cennych rzeczy stracili. Najpierw zatrzymali ich ukraińscy urzędnicy ewidencjonujący przesiedleńczy dobytek i zabrali sobie, co im się podobało. A potem jakaś uzbrojona banda - na szczęście zostawili krowę, by jakoś przeżyli.

      Gdy dotarli do Dżuryna, Antoni z mat uplecionych ze słomy i wspartych na drągach zmajstrował obu rodzinom dach nad głową. Już od dwóch tygodni to ich dom. Podczas deszczów i w nocy jest zimno. Jańcia chorowała już od kilku dni. Wysoka gorączka nie ustępowała. Gdy zmarła, Antoni po prostu zabił kołyskę z nią w środku deskami, i to była trumienka.

      Gdy Olejnikowie i Turkiewiczowie grzebią Jańcię na cmentarzu za wsią, na niebie pojawia się samolot. To znak, że wkrótce będą wyczytywać do transportu. Z cmentarza wracają biegiem. Gdy są z powrotem na stacji, urzędnik właśnie wyczytuje ich nazwiska.

      Stacja Dżuryn - początek podróży

      Przy rampie wielka ciżba. Wśród wozów i budek skleconych z byle czego na transport czekają mieszkańcy wsi z okolic Buczacza, Monasterzysk, Trembowli, Podhajec czy Czortkowa. Nie wszyscy dziś wyjadą. Tylko te rodziny, które wyczytano. W tłumie podenerwowanie, bo każdy chce jechać jak najwygodniej. Będą kryte wagony, ale też lory - platformy.

      Gdy w oddali pojawia się pociąg, tłum momentalnie zrywa się na równe nogi i szturmuje. Krzyk, kurz, szarpanina. Sowieccy żołnierze, którzy mają pilnować porządku, z trudem panują nad sytuacją. Albina z córkami pakuje się do jednego z krytych wagonów. Ktoś wrzucił do niego dwa worki sieczki, kobieta każe dzieciom na nich usiąść i za żadne skarby nie wstawać.
      ************
      * Z Galicji Wschodniej 618,2 tys. osób (269,5 tys. z województwa lwowskiego, 251,5 z Podola i 97,3 tys. z woj. stanisławowskiego); z Wołynia - 133,9 tys., a z Bukowiny Północnej - 6 tys. Trafili głównie na Dolny Śląsk i do zachodnich powiatów Górnego Śląska.
    • liberum_veto Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa 16.06.12, 11:02
      Ciekawy artykuł. Autor: dr Marcin Zaremba (ur. 1966 r.) pracuje w Instytucie Historii UW i Instytucie Studiów Politycznych PAN
      wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8883349,Jedna_bomba_atomowa_i_wrocimy_znow_do_Lwowa.html
      W latach 1945-46 kształt terytorialny kraju należał do jednego z najczęściej poruszanych tematów w codziennych rozmowach. Nie tylko nikt nie wiedział, jaka będzie ta nowa Polska, ale również, jakie będą jej ostateczne granice. Niby z jednej strony spodziewano się, że ziemie na wschód od Buga przypadną ZSRR, z drugiej - łudzono się, że nie wszystko stracone, że za miesiąc, rok "wrócimy do Wilna i Lwowa".

      Wywołana w ten sposób niepewność umacniała poczucie tymczasowości, miała wpływ na huśtawkę nastrojów. Ludzie są gatunkiem terytorialnym. Mamy instynktowną potrzebę zaznaczenia granic. Gdy są one płynne, łamane czy przekraczane, nie czujemy się bezpiecznie . Po wojnie praktycznie w całym pasie granicznym Polacy nie czuli się bezpiecznie.

      Początkowo największa niepewność wiązała się z przyszłością Wilna i Lwowa. Utrata obu tych stolic polskości na północno- i południowo-wschodnich kresach nie mieściła się w głowie. Niemożność pogodzenia się z tym można tłumaczyć nacjonalizmem. W listopadzie 1944 r. ktoś pisał do rodziny z wyraźną nutą wyższości nad Litwinami:

      "Kochani! Najsmutniejszym jest to, że trzeba opuścić rodzinne kochane miasto Wilno, miasto gorących i prawdziwych Polaków. A jakże się będą czuli Litwini bez swojej większości narodowej, Polaków?".

      Niełatwe pożegnanie z Lwowem

      Jednak tu chodziło o coś więcej niż nacjonalizm - mapę kraju, którą każdy przedwojenny, przynajmniej trochę wykształcony człowiek miał pod powiekami, myśląc o kształcie geograficznym ojczyzny. Na tej mapie "zawsze" były: Gdynia, Poznań, Kraków, Warszawa, Wilno i Lwów, z rzek Wisła i Niemen. To były punkty odniesienia w przestrzeni, które połączone tworzyły siatkę wyznaczającą terytorium kraju, obszar bezpieczeństwa.

      Miały one także potężny wymiar symboliczny, były miejscami, miastami świętymi. Z pewnością żadne nie dorównywało bogactwem kulturowych odniesień Warszawie i Krakowowi, ale Wilno i Lwów zajmowały trzecią pozycję. Walki o Lwów po I wojnie światowej były wyryte nie tylko na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, ale także stanowiły część żywej pamięci przeszłości. Opowieść o udziale w nich polskich dzieci - Orląt Lwowskich - stała się jednym z mitów założycielskich dwudziestolecia. Nic więc dziwnego, że pożegnanie z Lwowem nie przychodziło łatwo.

      Zgodę PPR na oddanie miasta traktowano jak narodową zdradę, jeden z najważniejszych argumentów delegitymizujących polskich komunistów, z czego zresztą ci ostatni doskonale zdawali sobie sprawę. Władysław Gomułka w liście z marca 1944 r. wysłanym do Moskwy ujmował to w ten sposób: "Gdyby w Polsce bractwo św. Antoniego stanęło na gruncie rewizji wschodnich granic Polski, to też zostałoby okrzyczane przez reakcję jako agentura moskiewska, działająca za moskiewskie pieniądze dla oddania narodu polskiego pod but stalinowski" .

      Oczywiste jest, że najbardziej stan tymczasowości, rozterki "zostać, nie zostać" przeżywali mieszkańcy Lwowa, ale także innych miejscowości na Kresach, w sumie około dwóch milionów Polaków. Jednak niepokój i nadzieje nie pozwalały spać również gdzie indziej. Sięgnijmy do dzienników Anny Kowalskiej, która 15 lutego 1945 r. zapisała:

      „Wczoraj p. Kowalczyk potwierdził wiadomość Anielki. Polska ma należeć do strefy wpływów angielskich. Województwo lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie mają należeć do Polski. Nie spałam całą noc. Całą noc mówiłam: »Te Deum laudamus «. Biedny, męczeński Lwów zatopiony w beznadziejności”.

      Także po decyzjach konferencji w Jałcie, kiedy mogło się wydawać, że już wszystko zostało przypieczętowane, niepewność co do przynależności państwowej Lwowa ciągle pulsowała. "Właścicielka kilku większych nieruchomości" w Warszawie (tak ją opisał w aktach znajdujących się w IPN agent UB) zwierzyła się konfidentowi UB:

      "Konferencja odbyła się w Jałcie. Omawiano granice Polski. Brześć i Lwów mają należeć do Polski, a Wileńszczyzna do Litwy. Na zachodzie - do Odry. Koniec wojny w najbliższym czasie".

      Polska aż po Dniepr?

      Amalgamat braku wiedzy i nadmiaru nadziei miał wpływ na - jakbyśmy dziś powiedzieli - proces decyzyjny. Mieszkańcy Kresów nie wiedzieli, czy powinni zostać, czy przeciwnie - ewakuować się. Ci, którzy wierzyli, że Polska komunistyczna jest tworem tymczasowym, wahali się, ociągali się z wyjazdem. W ich decyzjach umacniały ich jeszcze nastroje wojenne. Jak mówiono: "Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa". Na temat granicy wschodniej krążyły zupełnie fantastyczne opinie, np. że w wyniku zwycięskiej wojny z ZSRR przypadną nam tereny aż po Dniepr.
    • liberum_veto Dzień, w którym wyszły szczury 31.01.13, 22:44
      Gliwice 1947 r. - Szczur! Widziałem szczura!

      - To nie do pomyślenia, u nas na ulicy nigdy ich nie było - Phillip jest wyraźnie wzburzony.

      Szczury pojawiły się krótko po tym, jak do opuszczonych przez sąsiadów domów wprowadzili się polscy przesiedleńcy. Najpierw przyjechali ci z centralnej Polski i wtedy jeszcze szczurów nie było. Ale gdy do Gliwic zaczęły masowo przyjeżdżać transporty ze wschodu, ulica całkowicie zmieniła oblicze - dzisiejsza Olchowa z Erlengrund nie ma już wiele wspólnego.

      Siemkowie i inni Niemcy nie mogli zrozumieć, jak Polacy chcą w miejskich domkach żyć z krowami, świniami i kurami, które przywieźli ze sobą. Gliwice to przecież nie wieś. Ale szybko w przydomowych ogródkach zaczęły powstawać drewniane budy, komórki i szopy. Właśnie w nich trzymają zwierzęta. Przechowują tam też karmę dla nich - odpadki żywnościowe, obierki po ziemniakach i ziarno. To wszystko stoi w wiadrach czasem po kilka dni, zanim zostanie zjedzone przez zwierzęta.

      Po podwórku chodzą kury, które grzebią doły w ziemi. Wszędzie pełno odchodów. Gdy popada, kolorowe kiedyś od kwiatów ogródki przypominają błotne bagno.

      Phillipa razi, że sąsiedzi są tak niezorganizowani. Jakby nie mogli sobie poradzić z własnym dobytkiem. Niektóre sprzęty domowe pozostawione w ogrodzie jednego dnia leżą tam przez kilka następnych. Domownicy jakby ich nie dostrzegali. Nie przejmują się, że pada na nie deszcz i niszczeją.

      Zirytowany jest też porządkiem na ulicy. Gdy w zimie spadł śnieg, z chodników przed domami usunęli go tylko niemieccy gospodarze. Ale boją się Polakom zwrócić uwagę, bo przecież oni są tu teraz u siebie. Zresztą nie zachowują się wobec Niemców źle - są bardzo grzeczni, uczynni, nawet serdeczni. Konfliktów nie ma, ale przyjaźni też raczej nie -nacje trzymają się na dystans.

      Elfriede i Phillip żałują, że nie zdecydowali się na wyjazd, bo z każdym dniem w rodzinnym mieście czują się coraz bardziej obco. Niedawno spadł kolejny cios - zmarł niemiecki ksiądz z ich parafii i zastąpił go Polak.

      Jak mają się teraz spowiadać?
      wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8839198,Dzien__w_ktorym_wyszly_szczury.html
    • liberum_veto Utopią nas w morzu 27.09.13, 20:59
      Pomorze, lato 1947

      - Gdzie nas wiozą? - stłoczeni w wagonie ludzie jadą prawie od dwóch tygodni. Żołnierze mówią, że na zachód, ale gdzie konkretnie, nikt nie wie.

      - Słyszałem, że nad morze. Pewnie wsadzą nas tam na łódki i utopią - Ewa słyszy taki dialog i naprawdę się boi.

      Akcja "Wisła" trwa już od kwietnia. Ukraińskie wsie wywożą po kolei, od południa. Do Teniatysk przyszli w czerwcu. Mieszkańcy nawet na to czekali, bo akcje wojska ostatnio się nasiliły. We wsi nie da się już normalnie żyć. Po chłoście Ewa przez dwa tygodnie spała tylko na brzuchu.

      20 czerwca, w przeddzień wyjazdu, do jej chałupy przyszedł sołtys. Pytał, czy ma wóz na dobytek, bo jak nie ma, to podstawią. 20 minut na załadunek. Wzięła trochę zboża, bieliznę, pościel, poduszki i pierzynę. Ubrania ma tylko te, co na sobie. Do wozu przytroczyła cielaka.

      Na osobny wóz swoje rzeczy załadował stryj Ołeksander. Wziął jeszcze jej starą ciotkę Ahafię, która też jest sama. Z pojedynczych członków trzech rodzin stworzą jedną. Razem będzie łatwiej.

      Z Teniatysk do Bełżca, gdzie jest punkt zborny dla wysiedlanych, jedzie długa kolumna furmanek. W grobowej ciszy konwojują ją uzbrojeni żołnierze. Już w Bełżcu wszyscy siadają przy swoich tobołkach i tak siedzą kilka dni. Gdy w końcu podjeżdża pociąg, Ewa z ciotką i stryjem oraz kilkoma innymi rodzinami zajmują pół wagonu, w drugiej połówce dobytek i inwentarz.

      W drodze kilka razy stali w szczerym polu. Żołnierze pilnujący transportu nie pozwalali im za daleko się oddalać. Tyle co po wodę i koniczynę dla zwierząt. Jej zrywanie to obowiązek Ewy.

      W końcu zatrzymują się w jakimś mieście, zza drzwi wagonu widać napis: "Lębork". Żołnierze krzyczą, żeby wysiadać. Nazwiska rodzin wyczytują z listy. Wysiadający z niepokojem rozglądają się, czy nie widać w pobliżu morza. Ale nie widać.

      Oprócz Ołenyczów z wagonów wysiadło kilkanaście rodzin z Teniatysk. Reszta została w wagonach. Żołnierze każą im pakować dobytek na furmanki. Droga z miasta prowadzi przez równinne pola. Są obsiane zbożem. Ale krajobraz zupełnie inny niż w okolicach Teniatysk.

      Po kilku godzinach docierają do jakichś zabudowań, tylko obora ma cały dach. Żołnierze, każą wyładować dobytek kilku rodzinom, Ołenyczom też. Bez słowa odjeżdżają.

      Przez następne kilka dni stryj Ołeksander z mężczyznami przeczesują okolicę w poszukiwaniu wolnych domów. Wszędzie jest jednak jeszcze dużo Niemców, czekają na wywózkę.

      Po kilku dniach Ołeksander trafia do wsi Świetlino. Jest tam wolna niewielka chata bez okien i drzwi. Lepszej nie znalazł.
      wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8834201,Utopia_nas_w_morzu.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka