mat120
12.03.08, 21:42
Aby przekonać się, czy w dziedzinie dążenia do prawdy nastąpiła
jakakolwiek zmiana, dość powiedzieć, że mimo upływu 18 lat od zmiany
ustroju w Polsce, żadna uczelnia wyższa nie przystąpiła do
realizacji jakiegokolwiek programu badawczego na ten temat.
Co gorsza, kiedy po latach oczekiwania większość archiwów zostało
otwartych, okazało się, że wielu dokumentów na temat ludobójstwa już
nich już nie ma. Sprawcy i ich poplecznicy zadbali o skuteczne
usuwanie śladów w kraju i za granicą. Mieli na to dziesiątki lat. W
sposób dwuznaczny zachowywał się też Ośrodek „Karta”, gdzie pełni
nadziei kresowianie wysyłali swe wspomnienia. Niechęć jego prezesa
do tego tematu była wręcz przysłowiowa. Mimo posiadania przez tę
placówkę wielu dokumentów, nie dopuszczano ani do ich publikowania,
ani do innego rozpowszechniania. Tam miano też wiele lat temu
zewidencjonować polskie ofiary banderowskich zbrodni. Mimo sztabu
zatrudnionych osób dokonano jedynie ewidencji ofiar – ukraińskich.
Wszystkie próby przejęcia tego tematu w przez inne ośrodki kończyły
się niczym – bo projekt miała zrobić „Karta” - i tak kółko się
zamykało. Ta praca nie została wykonana do dziś! Ponadto właśnie
w „Karcie” ujawniono przypadki niszczenia dokumentów i relacji przez
zatrudnionego tam archiwistę [35].
Po roku 1989 nie szczędzono pieniędzy na projekty dotyczące
euroregionów, krzewienia kultur mniejszości, tymczasem elementarna
wiedza na temat polskiej kresowej kultury deprecjonowała się i
ginęła [36]. Lansowano w Polsce hasło: „wybierzmy przyszłość”.
Historię postanowiono „zostawić historykom”. Historycy jednak nie za
bardzo kwapili się do nowych badań.
Kiedy Polacy wraz z prezydentem „wybierali przyszłość”, na Ukrainie
nastąpiło coś zupełnie odwrotnego. Wsparte dużymi funduszami z
Kanady, USA i Anglii ukraińskie organizacje nacjonalistyczne
rozpoczęły realizację na Ukrainie, ale i w Polsce, planu pełnej
rehabilitacji OUN i UPA, ze zbrodniczych antypolskich formacji,
na „bohaterów walki o nową Ukrainę” i pogromców komunistów.
W „naprawianiu historii” nie pozostali osamotnieni. Polsce szybko
wykrystalizował się ośrodek realizujący to samo zadanie, w imię
nowych priorytetów politycznych kosztem prawdy historycznej. Był to
krąg osób związanych z mediami – głównie z „Gazetą Wyborczą”
kierowaną przez Adama Michnika, a pozostającą pod silnym wpływem
Jacka Kuronia, który nie zawahał się publicznie twierdzić: „Polakiem
jestem z przypadku”. Do pracy zaprzęgnięto też publicystów i
historyków wywodzących się z mniejszości ukraińskiej, jak Roman
Drozd, Mirosław Czech, czy Paweł Smoleński [37]. Do tego doszło
kilku, młodych, ambitnych, choć niezbyt nieprzejmujących się
kryteriami prawdy historycznej badaczy, których cechą wspólną było
doskonałe wczuwanie się w oczekiwania polityków. Do czołowych
reprezentantów tej grupy zaliczyć można Grzegorza Motykę, Rafała
Wnuka i Jana Pisulińskiego. Badacze ci, związani na dodatek z IPN, a
nawet PAN (Motyka), odcisnęli swoje piętno na propagowaniu
nowej, „poprawionej” wersji wydarzeń. Działaniom tym sekundował
ówczesny prezes IPN Leon Kieres. Dzięki temu udało się rewizjonistom
zastąpić określenie zbrodni ludobójstwa, słynnym pojęciem „konflikt
polsko-ukraiński”.
W swych licznych artykułach, notkach encyklopedycznych a nawet
książkach [38] przemianowali zbrodnicze organizacje
nacjonalistyczne, obciążone współpracą z hitlerowcami na
nieskazitelnych bohaterów, rycerzy walki o niepodległość. Dla
autorów tych nie było ważne, że poza Polakami organizacje OUN i UPA
wymordowały we współpracy z Niemcami kresowych Żydów, a nawet
tysiące samych Ukraińców [39]. Ignorują oni nawet fakt
przynależności OUN do „międzynarodówki” faszystowskiej. W pracach,
nawet tych ukazujących się w Polsce, zaczął się coraz częściej
pojawiać antypolonizm, ostre oskarżenia kierowane przeciw
poszkodowanym Polakom. Nikt nie przeczy, władze polskie przed wojną
popełniły liczne błędy, ale żaden z nich nie może przecież
usprawiedliwiać ludobójstwa! Żaden z przedwojennych rządów nie
chciał ani nie prowadził polityki antyukraińskiej, choć zmagać się
musiał z poważnym problemem terroryzmu na swoim terytorium,
realizowanego przez UWO- OUN.
Okazję do wybielania OUN i UPA zaczęli wykorzystywać badacze
narodowości ukraińskiej, pracujący na polskich uczelniach wyższych,
często z wysokimi stopniami naukowymi uzyskanymi w Polsce (przede
wszystkim Włodzimierz Mokry, Włodzimierz Wysocki, Roman Drozd i
Mikołaj Siwicki). Skrajny antypolonizm pojawił się w pracach
pracującego na KUL naukowca ukraińskiego pochodzenia Mikołaja
Siwickiego [40]. W jego obszernej trzytomowej pracy „Dzieje
konfliktów polsko-ukraińskich” [41] możemy przeczytać m.in.,
że „Polskie społeczeństwo jest zdegenerowane, chore, bo wychowało
się na fałszu…” [42], a przesiedlenie ludności łemkowsko -
ukraińskiej z pogranicza w ramach operacji „Wisła” ośmielił się
nazywać ludobójstwem! Liczba zawartych w tej pracy przekłamań
spowodowała nawet wniesienie przeciw autorowi sprawy do prokuratury
[43].
Opisywanym wcześniej zjawiskom towarzyszyło zwiększenie dotacji i
świadczeń naszego państwa na rzecz zamieszkujących w Polsce
mniejszości. Ośmielone postępowaniem części naukowców,
dofinansowywane przez polski MSZ, pismo ukraińskie „Nasze Słowo”
przystąpiło do ataku na AK i ujawniło szokujące żądania terytorialne
wobec tzw. Zakierzonii, czyli wielu powiatów dzisiejszej Polski
[44]. Z organizacji postbanderowskich w Kanadzie i USA wartką rzeką
popłynęły pieniądze na badania i teksty, mające przekonać zarówno
Polaków jak i Ukraińców, że OUN i UPA były nie bojówkami
dopuszczającymi się czynów terrorystycznych i morderczych, a
zasługującymi na pochwałę organizacjami narodowo-wyzwoleńczymi czy
partyzanckimi.
Kartą przetargową strony ukraińskiej wykorzystywaną w walce o prawdę
na temat ludobójstwa na Kresach była i jest operacja „Wisła” i
kwestia nielicznych „polskich odwetów” - vide Pawłokoma [45].
Operacja „Wisła” była niewątpliwie dla ukraińskiej i łemkowskiej
ludności akcją bolesną i uciążliwą, ale nie była nieuzasadnioną
szykaną dokonaną bez powodu. Nie byłoby potrzeby jej
przeprowadzania, gdyby nie nieustanne akcje terrorystyczne i walki
zbrojne prowadzone przez kurenie przeciw polskiej ludności i nowym
władzom, mające na celu odłączenie od Państwa Polskiego w nowych
granicach 19 kolejnych powiatów. Terror prowadzony był jak na
Wołyniu, czy w Małopolsce Wschodniej drogą mordów, wypędzania
polskiej ludności i niszczenia polskiego i ukraińskiego mienia. W
dokumentach Ministerstwa Administracji Publicznej z lat 1945-1947
odnaleźć można dane na ten temat. Ludność wzywała pomocy od władz i
w końcu ja otrzymała. Jak rzadko które posunięcie komunistycznych
władz, doczekała się pełnej akceptacji społecznej i przyzwolenia!
Tym faktom nie można zaprzeczyć, bez fałszowania przeszłości.
Jednak część nieznających podstawowych faktów polskich senatorów, w
roku 1990 dało się „podejść” i w ten sposób doszło do uchwalenia
słynnego potępienia operacji „Wisła”. Było to wielkie zwycięstwo
nacjonalistów ukraińskich i tylko tak należy je rozumieć. W wypadku
lepiej zorientowanych w sprawie posłów izby niższej polskiego
parlamentu zabieg ten już się nie powiódł.
Operacja „Wisła” jest jednak cały czas zręcznie wykorzystywana jako
argument tuszujący banderowskie zbrodnie i pretekst do wysuwania
kolejnych roszczeń finansowych wobec Państwa Polskiego [46]. O wiele
ważniejsze jest jednak realizowane (między innymi w polskich
podręcznikach historii) skutecznego i zręcz