eva15
29.01.11, 01:04
Jak tak spokojnie poobserwować, co się aktualnie wyprawia, wynika z tego jedno:
zachodnia "demokracja" (słusznie w Rosji zdefiniowana jako "diermokracja") jest batem na nieposłusznych, niedostosowanych bądź (co gorsza) niechcących się dostosować do miłościwie panujących anglosaskich i kumplowskich reguł. Czyli tą "demokrację/diermokrację" należy wszelkimi siłami promować tam, gdzie system zachodni nie ma ( jak dotąd) nad danym krajem kontroli, jak np. obecnie głównie na Białorusi i w samej Rosji. Te kraje jako " niedemokratyczne" są pod pręgieżem tzw. światowej opinii publicznej. Ich hańbą i wstydem jest brak zachodniej demokracji. Rosja jest potężniejsza i jakoś sobie z tym wstydem poradzi, ale mała Białuruś będzie teraz znów za brak "demokracji" w EU karana.
Kraje takie jak Tunezja czy zwłaszcza o wiele ważniejszy Egipt, kraje w których dziś się gotuje i które serio mają powody znacznie większe niż np. Białoruś, by walczyć o demokrację i prawa człowieka i naprawdę masowo wychodzą na ulice nie uzyskają poparcia Zachodu, mogą go co najwyżej tylko wkurzyć. Tam NIKT nie życzy sobie demokracji, skoro ich despoci to zaufani przyjaciele Zachodu.
Dlatego demokracja wygląda jak kara na nieposłusznych. Posłuszni są od niej wolni - vide choćby Arabia Saudyjska czy dotychczas Egipt.
Szerzenie zachodniej "demokracji" (i tym samym świadomej destablizacji) jest karą tylko i wyłącznie dla tych, którzy nie chcą być jak Mubarak przyjaciółmi zachodnich "demokracji".