galaxy2099
18.05.04, 07:11
Ciekawy felieton.
"Co na nich działa?" - pytał w 1974 r. Robert Martinson, znany amerykański
kryminolog. I odpowiadał: "Nic na nich nie działa". Martinson zbadał efekty
ponad dwustu amerykańskich programów resocjalizacji przestępców i stwierdził,
że były to programy złudzeń. Okazało się, że pozytywne przykłady
resocjalizacji mieszczą się w granicach błędu statystycznego, a niemal
wszyscy objęci programami przestępcy nadal łamali prawo, a nawet popełniali
zbrodnie. Badania Martinsona zmieniły amerykańską politykę karania: sprawcy
nawet drobnych przestępstw zaczęli masowo trafiać do więzień, a kary dla
recydywistów zaostrzono. Efekt był taki, że w następnych piętnastu latach
radykalnie poprawił się poziom bezpieczeństwa. Zwolennicy pochylania się z
troską nad przestępcami, m.in. znany lewicowy intelektualista Noam Chomsky
(moj "ulubieniec"), wygłaszali tyrady, jakoby Ameryka zamieniała się w
państwo totalitarne. Przeciętni Amerykanie widzieli jednak, że na ulicach
jest bez porównania bezpieczniej. Okazało się, że kiedy to kara, a nie
resocjalizacja jest celem, przestępcy zaczynają się bać. W Europie, w tym w
Polsce, ta filozofia ma w środowiskach prawniczych wciąż trzy razy więcej
przeciwników niż zwolenników (w Polsce ta proporcja wynosi 5:1). Martinson
nazywa zwolenników cackania się z przestępcami humanitarnymi idiotami.
To wymiar sprawiedliwości w USA jako pierwszy uczynił z resocjalizacji fetysz
i jako pierwszy go obalił - po niemal stu latach obowiązywania. Obecnie Stany
Zjednoczone należą do krajów o najwyższym współczynniku prizonizacji, czyli
liczbie uwięzionych w stosunku do ogółu obywateli. Restrykcyjne karanie
doprowadziło do tego, że ponad 2,5 proc. Amerykanów przebywało lub obecnie
przebywa w więzieniach. W ostatnim ćwierćwieczu liczba skazanych na kary
więzienia stale rosła i obecnie wynosi ponad 2 miliony. Dzięki temu
przestępczość w USA spadła do poziomu najniższego od trzydziestu lat.
Kryminologowie z uniwersytetu chicagowskiego dowiedli (w badaniach z 1996
r.), że wzrost populacji więźniów o 10 proc. skutkuje zmniejszeniem liczby
rozbojów (o 7 proc.), włamań (o 4 proc.) i zabójstw (o 1,5 proc.).
Śladem Amerykanów poszli Brytyjczycy, Szwedzi i Holendrzy. Kolejne raporty
Rady Europy na temat polityki penalizacji dowodzą, że w krajach, gdzie często
karze się więzieniem (m.in. w Danii, Irlandii i Włoszech), udało się
zatrzymać falę przestępczości. Obecnie mamy niezbite dowody na to, że jeśli
karanie ma funkcję nie resocjalizacyjną, lecz retrybutywną (kara stosowna do
winy), przestępczość maleje. Jeden z najbardziej głośnych zwolenników
resocjalizacji, były francuski minister sprawiedliwości Alain Peyrefitte
uznał tę oczywistość jeszcze pod koniec lat 80. "Przestępcy okazali się po
prostu racjonalni: przestali się bać kary, bo wiedzieli, że wymiar
sprawiedliwości i system penitencjarny będzie ich przede wszystkim
wychowywał, a nie karał. Doszło do swoistej paranoi: krnąbrny przestępca
składał swój los w ręce społeczeństwa, mówiąc: wprawdzie zgrzeszyłem, ale
wierzę, że teraz pomożecie mi wrócić na drogę cnoty. To parodia
sprawiedliwości" - przekonywał Peyrefitte.