bullet_x
25.10.02, 00:42
Spójrzcie tylko na tych Czeczeńców! Sąsiadom trudno z nimi wytrzymać,
przynajmniej w Kazachstanie, bywają brutalni i zuchwali, Rosjan nie znoszą i
wcale tego nie ukrywają. Ale gdy tylko ludzie z Kengiru wykazali się męstwem
i niezależnością — od razu pozyskali sympatię Czeczeńców! Gdy nam się wydaje,
że ludzie za mało nas szanują, sprawdźmy przede wszystkim, czy sami
zachowujemy się, jak należy
Był jednak pewien naród, który nie uznawał żadnych ustępstw wobec psychologii
pokory. Chodzi przy tym nie o buntownicze jednostki, mowa o całym narodzie.
Byli to Czeczeńcy.
Widzieliśmy już jaki był ich stosunek do zbiegów z obozu. Oni też jedni
spośród zesłańców mieszkających pod Dżezkazganem usiłowali nieść pomoc
kengirskim powstańcom. Powiedziałbym, że wśród wszystkich specprzesiedleńców
jedynie Czeczeńcy byli zekami z ducha. W nic już nie chcieli wierzyć od
chwili, gdy ich zdradziecko wypędzono z ich włas- nego kraju. Pobudowali
sobie sakle — niskie, ciemne, nędzne; zdawało się, że można je rozwalić
jednym kopniakiem. Takie same też były całe ich gospodarstwa. Wszystko jakby
na jeden dzień, na miesiąc, najwyżej na rok, zupełnie prowizoryczne, bez
zapasów, planów, dalszych projektów. Tyle że jedli i pili, a młodzi jeszcze
starali się trochę przyodziać. Mijały lata i wciąż tak samo niewiele mieli w
dobytku, jak na początku. Żaden Czeczeniec nigdy nie starał się panom
gospodarzom — ich stosunek do zwierzchności cechowała natomiast wyniosłość i
otwarta wrogość. Nic sobie nie robiąc z obowiązku szkolnego i wszelkich
szkolnych mądrości, nie puszczali swoich dziewczynek do powszechniaka, żeby
ich tam nie zepsuto. Zresztą, chłopców też nie zawsze. Swoim kobietom nie
pozwalali należeć do kołchozu. Sami też nie tyrali na spółdzielczych polach.
Najchętniej brali się za szoferkę: praca przy silniku nie poniża, a
jeździeckie namiętności tych dżygitów znajdowały ujście w czasie stałych
rozjazdów. Zawód kierowcy dawał również szerokie pole do popisu ich
złodziejskim namiętnościom. A zresztą, tę ostatnią namiętność potrafili
zaspokajać również bezpośrednio. To oni przynieśli do spokojnego, pogrążonego
w drzemce i uczciwego Kazachstanu takie pojęcia, jak „zwędzić", „ograbić do
ostatniej nitki". Potrafili uprowadzić bydło, okraść dom, a czasem po prostu
odebrać siłą, co chcieli. Tym samym łokciem mierzyli zarówno rdzennych
mieszkańców, jak tych zesłańców, którzy pokornie słuchali władz. Szanowali
tylko buntowników.
I — dziw nad dziwy — wszyscy ich się bali. Nikt nie potrafił wpłynąć na
zmianę ich sposobu bycia. I władza, która już od lat trzydziestu sprawowała
rządy w tym kraju, w żaden sposób nie mogła ich zmusić do szacunku dla
pisanych praw.
Jak to być mogło?
Oto przypadek, który, jak sądzę, potrafi wyjaśnić istotę sprawy.
Gdy byłem nauczycielem w Kok-Tereku, w 9 klasie tej samej szkoły uczył się
młody Czeczeniec Abduł Chudajew. Nie budził w nikim sympatii i wcale nie
starał jej się budzić, tak jakby go poniżało staranie się o czyjeś względy.
Był zawsze ostentacyjnie powściągliwy, bardzo wyniosły, a zdra- dzał też
skłonność do okrucieństwa. Ale równocześnie trudno było nie docenić jego
zdolności: był to umysł jasny i bystry. Miał wiele więcej wiadomości z
dziedziny matematyki i fizyki niż jego rówieśnicy; starał się zgłębić
omawiane problemy, a pytania, które zadawał, świadczyły o niestrudzonym
dążeniu do poznania prawdziwej istoty każdej rzeczy. Podobnie jak wszystkie
dzieci przesiedleńców, Abduł również został wciągnięty — było to nieuchronne —
do tak zwanej w szkole pracy społecznej. W zakres owej działalności
wchodziły zabiegi organizacji pionierskiej, później komsomolskiej, rozmaite
komitety uczniowskie, gazetki ścienne, lekcje wychowania obywatelskiego,
pogadanki — wszystko to było haraczem duchowym za prawo do nauki, który
Czeczeńcy płacili tak niechętnie.
Abduł mieszkał z matką staruszką. Nikt z ich bliskich krewnych nie ocalał,
prócz starszego brata. Był to osobnik dawno sknajaczony, nie pierwszy już raz
siedział w obozie za kradzież i morderstwo, ale zawsze wychodził stamtąd
przedterminowo — dzięki amestii albo podwójnemu zaliczaniu dni roboczych.
Pewnego razu zjawił się w Kok-Tereku, pił bez przerwy dwa dni i noce,
posprzeczał się z jakimś miejscowym Czeczeńcem, porwał nóż i rzucił się na
niego. Zagrodziła mu drogę jakaś obca, stara Czeczenka: rozkrzyżowała ręce,
chcąc go zatrzymać. Gdyby Chudajew pamiętał o czeczeńskich prawach, rzuciłby
natychmiast nóż i zrezygnował z dalszej pogoni. Ale więcej już w nim było ze
złodzieja niż z Czeczeńca —
więc podniósł nóż i zadźgał niewinną staruchę. Tu dopiero zaświtało mu w
pijanym łbie, co go za to zgodnie z czeczeńską tradycją czeka. Pobiegł jak
oparzony do MWD, przyznał się do zabójstwa i zaraz otwarły się przed nim
gościnne bramy więzienia.
Starszy brat znalazł kryjówkę, ale został przecież jeszcze Abduł, jego matka
i pewien stary Czeczeniec z ich rodu. Wieść o morderstwie obiegła natychmiast
wszystkie czeczeńskie zagrody w Kok-Tereku i wszyscy troje ostatni członkowie
rodu Chudajewów zebrali się w domu Abduła, porobili zapasy żywności i wody,
zatrzasnęli okiennice, zabili gwoździami drzwi od środka i zamknęli się jak w
twierdzy. Czeczeńcy z rodziny zabitej staruszki musieli teraz koniecznie
wziąć odwet na kimś z rodu Chudajewów. Dopóki krew Chudajewów się nie
przeleje — nikt ich nie będzie uważał za godnych miana człowieka.
Zaczęło się więc oblężenie zagrody. Abduł nie chodził do szkoły, a cały Kok-
Terek i cała szkoła wiedziały dlaczego. Uczniowi przedostatniej klasy naszej
szkoły, komsomolcowi, przodownikowi nauki — w każdej chwili groziły nóż i
śmierć, może właśnie teraz, gdy wszyscy po dzwonku siadają w ławkach, albo
teraz, kiedy wykładowca literatury mówi o humanizmie socjalistycznym. Wszyscy
to wiedzieli, pamiętali o tym wszyscy, na pau- zach tylko o tym rozmawiali —
i wszyscy udawali ślepych. Ani partyjna, ani komsomolska organizacja szkoły,
ani wychowawcy, ani dyrektor, ani wydział oświaty — nikt nie poszedł, by
ratować Chudajewa. Nikt nie zbliżał się nawet do jego oblężonego domu w całej
tej czeczeńskiej okolicy, huczącej głucho jak ul. Gdybyż tylko oni! Ale
czując dech krwawej zemsty, tak samo tchórzliwie stuliły uszy groźne dla nas
dotąd instytucje — rejkom partii, rada narodowa, MWD z komendanturą i
milicją, chowając się za swoje gliniane mury. Barbarzyńskie, dzikie, prastare
prawo dało znać o sobie jednym tylko tchnieniem — i od razu okazało się, że
nie ma w Kok- Tereku żadnej władzy sowieckiej i jej opiekuńcza dłoń nie
bardzo potrafiła sięgnąć aż tu, z okręgowego centrum, z Dżambułu, bowiem
minęły już trzy dni, a nie przyleciał stamtąd żaden samolot z wojskiem i nie
przybyła żadna zbawcza instrukcja — nie licząc rozkazu, by bronić więzienia
siłami miejscowego posterunku.
W ten sposób zarówno dla Czeczeńców, jak dla wszystkich innych stało się
zupełnie jasne, co na tym świecie jest siłą, a co tylko jej pozorem.
I tylko czeczeńską starszyzna przejawiała rozsądek! Starcy z Kaukazu zjawili
się w MWD z prośbą o wydanie im starszego Chudajewa, by móc się z nim
rozprawić. MWD ograniczyło się do lękliwej odmowy. Przyszli zatem do MWD po
raz wtóry z prośbą, aby sądzić publicznie Chudajewa i rozstrzelać go w ich
obecności. Jeśli tak się stanie, to poniechają wobec
rodu Chudajewów dalszej zemsty. Tak obiecali. Trudno o rozsądniejszy
kompromis. Ale jak to — żeby sąd publiczny? I żeby z góry obiecywać
egzekucję, też publiczną? Przecież to nie polityczny, to złodziej, to bliski
socjalnie element! Można deptać prawa Pięćdziesiątki Ósemki, ale nie —
wielokrotnego mordercy. Zwrócono się jednak do okręgu — i ten odmówił. „No,
to za godzinę mł