titus_flavius
27.01.03, 21:12
Ave,
nie ma co się dziwić, że Izraelici traktują arabskich
współobywateli jako ludzi drugiej kategorii. Jest to zgodne z
Talmudem, który uczy żydów, że mają panować nad gojami. Dziwi
mnie bierność tamtejszych Arabów, którzy na razie na niewielką
skalę popierają Intifadę. W mairę skucesów Hamasu i wzrostu
tyranni Izraelitów to jednak ulegnie zmianie :o).
T.
Przed wyborami w Izraelu: Arabowie czują się jak w getcie
Premier Izraela Arion Szaron (na plakacie) chyba wygra wtorkowe
wybory
ENRIC MARTI AP
Miłada Jędrysik, Jerozolima 27-01-2003, ostatnia aktualizacja
27-01-2003 18:51
W dwa i pół roku po wybuchu drugiej intifady arabska populacja
Izraela czuje się dyskryminowana - pozbawiona możliwości poprawy
własnego statusu. Arabscy radykałowie mnożą apele o bojkot
wyborów
Na zatłoczonych bazarach przekrzykują się małoletni sprzedawcy;
na straganach bakława pachnie miodem i przyprawami, wieśniacy
zakutani w kefije mijają muzułmańskie elegantki w ciasno
owiniętych wokół twarzy chustach. Jesteśmy w Izraelu.
Pomiędzy Nazaretem, Akką czy Um al Fahm mieszka około miliona
Arabów - jedna szósta ludności. Są pełnoprawnymi obywatelami,
mają swoich przedstawicieli w Knesecie, ale ich poziom życia
jest znacznie niższy niż żydowskich mieszkańców, a prawa nie
zawsze przestrzegane. Różnice pomiędzy miejscami zamieszkanymi
przez Żydów i Arabów są boleśnie widoczne - w arabskich
dzielnicach domy są nieremontowane od dziesięcioleci, szkołom i
innym publicznym placówkom daleko do standardu tych żydowskich.
- Arabowie uważają, że są dyskryminowanymi obywatelami drugiej
kategorii, którzy nie mają wpływu na życie polityczne w Izraelu,
a co za tym idzie - na poprawę swego losu - mówi dr Icchak
Reiter z Uniwersytetu Hebrajskiego, specjalista od arabskiej
polityki.
Po wybuchu drugiej intifady we wrześniu 2000 r. lojalność Arabów
wobec państwa izraelskiego jest coraz częściej poddawana w
wątpliwość. Wydarzenie takie jak sierpniowy zamach Hamasu na
pilnie strzeżonym Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, na
którym wspólnie studiują Żydzi i Arabowie, wzbudziło wśród
opinii publicznej szczególne podejrzenia, że winnym mógł być
miejscowy.
- Coraz więcej żydowskich mieszkańców Izraela zwraca się na
prawo i nie chce Arabów jako współobywateli - mówi arabski
politolog z Jerozolimy dr Aziz Haidar. Z badań socjologicznych
wynika, że ok. 80 proc. żydowskich mieszkańców Izraela boi się,
że miejscowi Palestyńczycy mogą wzniecić powstanie, a 60 proc.
uważa, że trzeba ich jakoś nakłonić do wyjazdu.
Ultranacjonalistyczne żydowskie organizacje w rodzaju Szalom
Beinenu uczyniły z tego sztandarowe hasło. Kilka dni przed
wyborami Szalom Beinenu zasypała arabskie miasto Um al Fahm
rozrzucanymi z helikoptera ulotkami, w których wzywała
mieszkańców do wyniesienia się. W niedzielę zaś policja nie
wpuściła do miasta dwóch innych izraelskich polityków ze
skrajnej prawicy, którzy zamierzali obejrzeć nielegalnie
wzniesione przez Arabów budynki. Byli uzbrojeni i strach
pomyśleć, co mogłoby się stać, gdyby ich prowokacja się udała.
Mieszkający w Izraelu Palestyńczycy uważają, że napięcie będzie
się utrzymywać i po wyborach; jest bowiem zależne od pokojowego
rozwiązania kwestii Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, a ta
możliwość ich zdaniem oddala się, zamiast przybliżać. - Politycy
tacy jak Jossi Beilin przeszli już do historii - mówi Mahdi F.
Abdul Hadi, szef Palestyńskiego Akademickiego Stowarzyszenia
Studiów nad Problemami Międzynarodowymi, wspominając głównego
architekta porozumień pokojowych z Oslo, który przed wyborami
wystąpił z Partii Pracy w proteście przeciwko zbyt odległemu
miejscu na liście wyborczej.
- Dziś historię tworzą ludzie tacy jak Szaron, Netaniahu, Mofaz -
ciągnie dalej, wymieniając jednym tchem członków obecnego
izraelskiego rządu, z którymi według strony palestyńskiej nie da
się osiągnąć porozumienia.
Mur braku zaufania rośnie po obu stronach. Radykalne organizacje
już dawno nawołują do bojkotu izraelskich wyborów, twierdząc, że
arabska reprezentacja w Knesecie to uznanie żydowskiego
charakteru państwa. Arabowie zbojkotowali wybory premiera w 2001
r. Musząc wybierać pomiędzy znienawidzonym Arielem Szaronem i
premierem Ehudem Barakiem, w ich oczach winnym śmierci 12 Arabów
zabitych podczas manifestacji na początku drugiej intifady, nie
widzieli dla siebie wyboru. Zresztą Barak już wcześniej zawiódł
pokładane w nim przez Arabów nadzieje: - Podczas wyborów w 1999
r. głosowało na niego 97 proc. arabskiej populacji, a on ją
zignorował, nie zaoferował arabskim politykom miejsca w rządzie -
mówi Icchak Reiter.
Groźba bojkotu stała się realna również przy okazji wtorkowych
wyborów do Knesetu, gdy izraelska komisja wyborcza zabroniła
startu dwóm arabskim deputowanym i jednej z arabskich partii pod
zarzutem, że ich działania i wypowiedzi godziły w jedność i
bezpieczeństwo państwa izraelskiego. Przeciwko jednemu z nich -
Azmiemu Biszarze - toczy się proces. Jest oskarżony o kontakty z
libańskim Hezbollahem i Hamasem.
Decyzję komisji odrzucił sąd najwyższy, Biszara i drugi polityk
Mohamed Tibi wystartują.
Dr Reiter przewiduje jednak, że w obecnym klimacie politycznym
arabski udział w życiu politycznym Izraela będzie się
zmniejszał: - Wszystko zależy od Partii Pracy. To jedyny blok,
który może coś arabskim obywatelom zaoferować, nawet jeśli we
wtorek znajdzie się w opozycji. Gdyby Arabowie mogli odzyskać
rolę języczka u wagi między lewicą i prawicą - blokiem, jaką
odgrywali w rządzie Icchaka Rabina, dałoby im to przekonanie, że
mają wpływ na wydarzenia w kraju - mówi Reiter. Jego arabski
kolega Haidar w to wątpi: - W tych wyborach po raz pierwszy
żadna z izraelskich partii, nawet z lewicy, nie zabiegała o
głosy arabskich wyborców. Arabowie będą żyli coraz bardziej w
getcie - ekonomicznym, społecznym i politycznym.