Dodaj do ulubionych

"Antyglobalizm"

IP: *.aster.pl / *.acn.pl 12.11.03, 00:30

Trzy lata temu miał miejsce szczyt Międzynarodowego Funduszu Walutowego w
Pradze. Od kilku lat takie imprezy są pożywką dla antyglobalistów,
pacyfistów, anarchistów, słowem wszystkich tych, którzy całkowicie kontestują
współczesny międzynarodowy ład gospodarczy i polityczny. Tak było i tym
razem. A ponieważ stolica Czech leży blisko Polski, również i u nas miały
miejsce ożywione przygotowania do protestów. Miałem okazję je obserwować.

Pamiętam, że latem 2000 roku pracowałem dorywczo w Warszawie. Każdy dzień
spędzałem w centrum stolicy. Pojawiły się tam wówczas tony ulotek, broszur i
plakatów, które czytałem z wielkim zainteresowaniem. Wzywały one do Pragi
wszystkich: punków, skinów, ćpunów, świrów, "kiboli" i innych podobnego
gatunku do: zadymy, czadu, walki, rozróby, wyżycia się... Cóż, ponieważ nie
zaliczałem się do żadnej z wymienionych grup, nie wybrałem się tamtej jesieni
do stolicy Czech.

Wspomnienie to powraca do mnie za każdym razem, gdy uczestniczę w rozmowie na
temat antyglobalizmu i ruchów antyglobalistycznych. Za każdym razem, gdy
słyszę lub czytam to słowo. Za każdym razem, gdy oglądam w telewizji walki
uliczne, podpalenia, zniszczone sklepy i pobitych ludzi.

Ostatnio wracało ono do mnie szczególnie często. Najpierw mieliśmy szczyt G-8
(najbardziej uprzemysłowionych państw świata i Rosji) w Evian przy granicy
szwajcarskiej, później Radę Europejską w Porto Carras niedaleko Salonik w
Grecji. Evian nie jest dużym miastem, ale leży bardzo blisko Genewy.
Przywódcy uczestniczący w szczycie korzystali z tamtejszego lotniska
międzynarodowego i dopiero potem udawali się do słynącego z wód mineralnych
kurortu. Z oczywistych względów także antyglobaliści wybrali Genewę, gdzie
mieli efektowne tło dla swoich poczynań. To piękne miasto jest mi szczególnie
bliskie. Znam dobrze jego charakterystyczną, przypominającą czasy Kalwina
architekturę; malownicze, wąskie uliczki; wspaniałe ogrody i promenady
ciągnące się wzdłuż obu stron jeziora, nad które wzbija się zapierająca dech
w piersiach fontanna o imponujących rozmiarach. Z tym większym bólem i
złością oglądałem zdjęcia, które przysłał mi mój znajomy, rodowity Genewczyk,
zrobione podczas protestów. Ulice znikające w dymie spowodowanym licznymi
podpaleniami, zniszczone sklepy, liczące setki lat kamienice zakryte ohydnymi
płachtami, pozamykane banki, firmy, instytucje... Wielkie połacie tego
pięknego, bogatego i dumnego miasta zamieniły się w slumsy! Czy ktokolwiek z
protestujących zastanowił się ile kosztowały te wszystkie zniszczenia, ile
godzin, a często także i miejsc pracy stracono? W ten sposób zaprowadza się
sprawiedliwość w świecie? Niszcząc i grabiąc?
Z protestami w Genewie wiąże się jeszcze ciekawsza osobliwość. Właściwie nie
wiadomo czy się z tego śmiać czy płakać. Otóż na protesty antyglobalistów
zgodziły się władze Genewy, czyli, jakżeby inaczej, socjaliści. Mimo
sprzeciwu ludności, wydały mnóstwo pieniędzy z podatków na różnego rodzaju
środki bezpieczeństwa oraz specjalnie ściągniętą, z jednego z niemieckich
landów, policję. Okazuje się zatem, że obywatele Genewy słono zapłacili za
to, żeby antyglobalistyczna hołota mogła przyjść i niszczyć ich miasto! Ich
własność! Teraz zapłacą drugi raz, aby to wszystko naprawić. W ten oto sposób
lewica, antyglobalistyczna czy socjalistyczna, trwoni grube pieniądze. W imię
walki z ubóstwem krajów Trzeciego Świata!

Podobnie było trzy tygodnie później w Salonikach. 40 tysięcy demonstrantów,
zdemolowane i podpalone samochody, sklepy, restauracje (zwłaszcza
McDonald`s), zgoda na protesty okupiona 16 tysiącami zmobilizowanego wojska i
policji, baterii rakiet przeciwlotniczych i okrętów wojennych. Tylko... w
jakim celu Ci ludzie tam pojechali? Protestowali m.in. przeciw Ameryce na
szczycie państw Unii Europejskiej zajmującym się przede wszystkim projektem
przyszłej konstytucji... Ani w tym sensu ani logiki. Skoro tak, to nasuwa się
wniosek, że nie chodziło w tym wszystkim o jakieś szczytne idee, zasady,
wartości. Ależ oczywiście, że nie! Oni sami pokazali po co tam pojechali -
żeby zrobić zadymę, niszczyć, wyżyć się w rozróbie pod przykrywką walki o
lepszy świat! Czy nie do tego samego nawoływano w warszawskich ulotkach?
Inaczej tego nie można wytłumaczyć, bo kto pojmie jakim sposobem uliczna
przemoc, grabieże, demolki i podpalenia mają poprawić los biednych państw!

Zabierając się za pisanie tego tekstu, miałem świadomość, że nie uniknę
jednego wątku, którego wyżej dotknąłem - antyamerykanizmu. Sprawy mają się
bowiem bardzo podobnie i są w zasadzie nierozłącznie ze sobą związane. Należy
protestować przeciwko Ameryce! Dlaczego? Nieważne! Nieważne w jakich
okolicznościach, nieważne gdzie, w jakim celu, nieważne są przyczyny, fakty,
skutki... Ważne, że tam gdzie obecni są Amerykanie i można im przypisać jakąś
winę. To wystarczy. Szlachetni pacyfiści i antyglobaliści natychmiast oburzą
się na te słowa. Jak to? Przecież tu chodzi o prawa człowieka! Chcemy
sprawiedliwości dla wszystkich ludzi! Walczymy z nędzą, wyzyskiem, przemocą,
wojną... Bzdura, bzdura, bzdura. Wystarczy spojrzeć na Irak, który jest
dzisiaj na ich celowniku. Codziennie słyszy się o tym, że Amerykanie
doprowadzili do chaosu, że ludzie mają dość ich obecności, która sprowadziła
na nich katastrofę i cierpienie. Nikt nie widzi tego, że nie ma już
zbrodniczego reżimu, którego ofiary liczone są w setkach tysięcy; że powoli,
ale sukcesywnie, przywracany jest porządek, odbudowywane są siły policyjne i
administracja, a potrzeby mieszkańców z każdym dniem lepiej zaspokajane.
Tymczasem w Kongo ludzie mogą tylko marzyć o takim "chaosie" i "cierpieniu".
Bo to tam, nie w Iraku, rozgrywa się dziś największa katastrofa humanitarna.
Tam dzieci służące w policji zabijają włóczniami, łukami i maczetami inne
dzieci. Tam od kilku tygodni ulice dużego miasta pokrywają ciała
zamordowanych. Tam od 1998 roku walki pochłonęły ponad 3 miliony ofiar. I
wreszcie tam, jak w Bośni, ONZ przy pomocy Francji, swoją obecnością tworzy
zgodną z prawem międzynarodowym, poprawiającą samopoczucie tym, którzy nie
mają już wyrzutów sumienia, że "społeczność międzynarodowa" nic nie zrobiła,
zasłonę dla etnicznej rzezi. Czy o tym się mówi? Nie! Bo tam nie ma
Amerykanów (a szkoda...). I w ogóle to wszystko nie jest ich winą. A że jest
śmierć, głód, cierpienie (z czym rzekomo walczą antyglobaliści i
pacyfiści)... Nieważne.

Antyglobaliści, których znam mają zawsze jedną odpowiedź na tego typu
zarzuty. Twierdzą, że kierują nimi szlachetne pobudki ideowe, a wandalami są
inni, którzy tylko przypadkowo, z powodu niedopatrzeń organizacyjnych czy
jakoś tak, znaleźli się z nimi w jednej demonstracji. Doprawdy? To są słowa.
Nie przekonał mnie do nich szczyt Międzynarodowego Funduszu Walutowego w
Seattle w 1999 roku. Nie przekonał mnie szczyt Międzynarodowego Funduszu
Walutowego w Pradze w 2000 roku. Nie przekonał mnie szczyt G8 w Genui w 2001
roku. Nie przekonał mnie szczyt G8 i szczyt Rady Europejskiej w bieżącym
roku.
Piszę ten tekst w programie Microsoft Word. Zabawną rzeczą jest, że słowa
antyglobalizm i antyglobaliści są automatycznie podkreślane na czerwono...

Paweł Szczerkowski
antyantyglobalista

Tekst pochodzi z serwisu www.stosunki.pl
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka