marcin_osikowicz
13.12.06, 16:00
Czerwony diabeł
Leszek przywiózł swoją książkę za pazuchą motocyklowej kurtki. W jego
cebeerce nie ma bagażnika, jest za to końcówka wydechu Terminioni. Książka
jest o dobrej nowinie, którą niósł w serce afrykańskiej dżungli. Przez dwa
lata siedział w kongijskim lesie, jadł brudnymi palcami smażone robaki i
zapuszczał misyjną brodę. Insekty dzielił na wchodzące przez nos, wchodzące
przez ucho i zwykłe. Wieczorami razem z Józkiem, kolegą z seminarium
wyciągali nogi na werandzie, opowiadali od nowa te same historie, wpatrywali
w ciemność i dziczeli. Dla bożych fetyszerów czas był wyłącznie teraźniejszy.
- Do Polski? Po co? – pytał Józek. - Żeby spowiadać trzecią Be i szóstą Ce?
Leszek odpierał ataki robactwa i malarii tak długo jak mógł, a w końcu
wrócił. Teraz ściga się motocyklem, spowiada trzecią Be, skacze ze
spadochronem, zbiera na tacę i chodzi z kombatantami pod kamień odprawiać
apel poległych. W parafii zyskał kilka przydomków i przyjęło się sądzić, że
jeśli ktoś robi coś ekstrawaganckiego, niewątpliwie jest to proboszcz.
Dwóch braci, których ojciec z matką nie dość często przywiązywali sznurkiem
do stołowej nogi kupiło motolotnię i za małe pieniądze krążą nad okolicą,
zaglądając mieszkańcom do ogródków działkowych.
- Dlaczego ksiądz dobrodziej tak nam lata nad głową? – zapytała urzędniczka
bankowa, kiedy Leszek wpłacał na konto diecezji podatek od dusz.