Gość: Maciej Wścieklica
IP: *.teleos-web.de
22.02.05, 13:20
Widziałem "Solaris" Lupy w Düsseldorfie. Spektakl jest niestety artystyczną
porażką. Ci, którzy pamiętają totalną klapę ekranizacji Stevena Soderbergha z
2002 roku z rozczarowaniem stwierdzą, iż ponad trzygodzinna inscenizacja Lupy
cierpi dokładnie na tę samą chorobę: spowolnione do granic wytrzymałości
tempo narracji, fragmentaryczne dialogi poprzecinane ciężarnym w znaczenie
milczeniem, nieznośne dłużyzny i wszechogarniająca monotonia mamrotanego
przeważnie na jednym tonie tekstu. Wszystko to sprawia, że już po pierwszej
godzinie spektaklu traci się zupełnie zainteresowanie tym, co dzieje się lub
nie dzieje na scenie, a już najmniej tym, co osaczeni przez obcą inteligencję
w kontenerze-stacji postacie zdołają z siebie wysączyć. A gdy wewnętrznie i
zewnętrznie rozmemłana Harey po raz kolejny pyta: "Co z nami będzie, Kris?",
a ten po chwili milczenia odpowiada: "Nie wiem", a po następnej chwili: "To
nie zależy od nas", skatowany widz ma już tylko ochotę wstać i krzyknąć: "To
w takim razie ja zdecyduję za was. Niech ten nagi dr Snaut wciąga z powrotem
gacie i rozejdźmy się wszyscy do domów!" (część widowni salwowała się zresztą
ucieczką już po pierwszej części). Teatromani, omijajcie ten spektakl wielkim
kołem!