Gość: Edward Osiecki
IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl
07.02.03, 10:52
Gdzie trafiało mięso z ubojni psów i kotów? Pytanie postawione przez „Życie
Warszawy” jest demagogiczne i przedwczesne. Jest demagogiczne, bo używa
terminu „ubojnia”, który sugeruje przedsięwzięcie na wielką skalę, niemal
fabrykę. Nie ma żadnych dowodów na to, że jakaś ubojnia istnieje. Jest
przedwczesne, bo nie można pytać, gdzie trafiało z ubojni, skoro nie wiadomo,
czy w ogóle trafiało do niej. Właściwiej byłoby zapytać: „Czy w ogóle było
hipotetyczne mięso w hipotetycznej ubojni?”
Rzetelna robota dziennikarska polega na ustaleniu faktów. W tym wypadku mamy
do czynienia z zamierzoną kampanią, więc fakty wydają się być mało istotne, a
ważniejsze jest tworzenie mitu „okrutnego wietnamczyka”, żeby go obrzydzić,
pozbawić godności ludzkiej, a następnie deportować.
Że taka jest intencja, świadczy podkreślanie we wczorajszej publikacji i
powtórzenie dzisiaj, że Wietnamczycy nie mają legalnych dokumentów pobytu.
Muszę powiedzieć, że czyta się to jak donos. Czy Polacy przed 89 rokiem
przebywali legalnie na Zachodzie? Pracowali tam, prowadzili rozmaite
interesy, żeby przeżyć. Zachodnie państwa nie deportowały nikogo. Mieliśmy
czelność prosić i przyjmować pomoc materialną stamtąd. Jaka jest różnica
między Polakiem sprzed 89 roku na Zachodzie a Wietnamczykiem w Polsce? Żadna.
W Wietnamie dzisiaj panuje ustrój, przed którym Polacy uciekali wtedy.
Wietnamczyk jednak nie żebrze, ale zabiera się do bardzo ciężkiej pracy.
Trzeba podziwiać, że w zupełnie odmiennym środowisku kulturowy potrafi się
odnaleźć, chociaż go to kosztuje. Fakt, że nie płaci podatków, jest tylko
złudzeniem. W sytuacji, gdy nie ma jasnych reguł gry, wszystko kosztuje go
drożej. Pieniądze te trafiają do polskich rąk.
Autorka donosów ”Sanepid bada psinę” „Sajgon w chińszczyźnie” nie potrafi
zrozumieć, że wyniki badań nie potwierdzają niczego i z uporem godnym lepszej
sprawy dalej stawia pytanie: „Do kogo trafiało mięso?” W ten sposób nie
docenia umiejętności kalkulacji ekonomicznej, jaką posiadają Wietnamczycy.
Jako stali klienci hurtowni korzystają z różnych przywilejów i za opłacalną
cenę mogą kupić kurczaki, kaczki, wieprzowinę i inne mięsa. Hurtownia nawet
zapewni transport. To mięso nie wymaga żadnych specjalnych zabiegów przed
podaniem na stół. Wietnamczyk nie ma wiele czasu, żeby się bawić podejrzanym
towarem. Po prostu nie opłaca mu się kupować innego mięsa, które,
teoretycznie rzecz biorąc, wymaga bardzo długiego procesu gotowania i
kosztownych przypraw, żeby straciło nieco swój specyficzny smak i zapach. A i
tak nie wyobrażam sobie, żeby najbardziej niedoświadczony konsument nie
wyczuł, że podano mu coś dziwnego. Sam byłem w Papui Nowej Gwinei dziesięć
lat i mogę coś powiedzieć o różnych „przysmakach”.
Autorka stworzyła na użytek swoich rewelacji termin „wietnamski proceder”, a
potem pyta naiwnie, gdzie on się podział, znaczy się proceder. Proszę pani,
nie było i nie ma wietnamskiego procederu. Z faktu, że podejrzewa się jednego
człowieka o zabicie bliżej nie określonej liczby zwierząt, nie można budować
teorii o procederze wietnamskim. Wietnamczycy to nie jednolita masa, ale
poszczególne osoby. Każdy z osobna posiada własną odpowiedzialność. Jeżeli
tego nie pojmiemy, to nie mamy prawa oburzać się i protestować, kiedy za
granicą mówi się, że Polacy to złodzieje, pijacy, chamy itp.
Jeżeli istnieje uzasadnione podejrzenie złego czynu, to za tym zawsze stoi
konkretny człowiek, który ma nazwisko i imię. Trzeba go zidentyfikować,
udowodnić jego winę i wyciągnąć konsekwencje. Czyżby autorka była
zwolenniczką odpowiedzialności zbiorowej? W takim razie urodziła się nieco za
późno.
O tym wszystkim autorka nie pamięta, co dyskredytuje ją jako dziennikarkę.
Zamiast rzetelnie informować poddaje się histerycznym nastrojom, stawia
demagogiczne pytania i bez żadnej odpowiedzialności za słowo szarga dobre
imię wszystkich barów i restauracji wietnamskich, na którą właściciele
pracowali długie lata. Jest to odrażająca praktyka, bo zainteresowani nie
mogą się bronić, bo faktycznie, zdarza się, że nie mają legalnych dokumentów.
Proszę jednak pamiętać, że człowiek jest zawsze legalny, nawet gdy nie ma
tzw. legalnych dokumentów.
Edward Osiecki