Dodaj do ulubionych

Kolej na szewców

05.03.07, 19:17
Ostatnio p. J. Majewski w GS kontynuuje tematy „rzemieślnicze”. Było już o
Chowańczaku – kuśnierzu i o Mieszkowskim – kapeluszniku. Pora więc chyba na
przedstawicieli wielce zasłużonych szewców warszawskich: Hiszpańskiego, czy
Leszczyńskiego lub krawców, np. Zarębę. Czas oczekiwania spróbuję nieudolnie
wypełnić własnym wspomnieniem pewnego grochowskiego mistrza kopyta, pana R. E.
Raczka.
W pierwszych latach powojennych wszelkie naprawy butów prawie każdy pan domu
wykonywał we własnym zakresie. Wystarczyło w tym celu mieć właśnie kopyto,
kawałek skóry albo gumy, by wykroić obcas lub zelówkę i przybić gwoździami. Te
nieskomplikowane umiejętności przechodziły z ojca na syna. Do szewca chodziło
się więc prawie wyłącznie, aby okazyjnie kupić nowe buty, tzw. przepasowane
lub obstalować, takie nie do zdarcia. Najbardziej popularna na Grochowie była
firma szewska p. Raczka, przy ul. Grochowskiej 104. Sam mistrz z żoną i dwoma
synami mieszkał przy Grochowskiej 100 (ze starszym, Robertem, uczęszczałem do
jednej klasy). Nie był to szewc byle jaki. Siedzibę główną swej firmy oraz
skład miał przy ul. Nowy Świat 1, i jeszcze trzeci sklep przy Targowej 62.
Zasadniczo specjalizował się w obuwiu dziecięcym, ale nie tylko. Zakup butów u
niego to był cały rytuał. Najczęściej sam mistrz obsługiwał klienta. Po
zaproszeniu >proszę siadać< przynosił kilka pudeł butów przepasowanych i sam
własnoręcznie przymierzał, a czynił to z jednakową atencją bez względu na wiek
klienta. Oceniał i cmoka, coś mamrotał, a gdy nie dopasował „zdejmował miarę”.
Sam u niego kupiłem kiedyś pantofle „trzy razy szyte”, największy szyk końca
lat 50-tych.
Dziś w okolicy, szewca czy krawca ze świecą trzeba szukać. Kontynuatorami
tamtych tradycji rękodzieła grochowskiego są tylko nieliczni rzemieślnicy, np.
szewc przy Grochowskiej róg Mlądzkiej (bez nazwiska!) lub krawiec p. W. Piecyk
(tak, autentyczne nazwisko – to nie wymysł Wiecha) przy Grochowskiej 91.
No cóż, inne czasy, inne potrzeby i inne gusty, ale powspominać warto.
Pozdrawiam:-)
Obserwuj wątek
    • nasza_maggie Chmielna 06.03.07, 12:18
      Z tego co wiem, w Cechu szewskim pozostało 5 prawdziwych szewców.
      Niestety młodzi ludzie nie są zainteresowani wyuczeniem się takich zawodów.
      Jest też kwestia 'pormocji' takich zawodów. A szkoda, szkoda że to przemija...


      Osobiście mogę polecić usługi Pana Tadeusza Januszkiewicza
      przy Chmielnej 10. Przemiły człowiek i profesjonalista.
        • nasza_maggie Re: Chmielna 07.03.07, 01:43
          eela napisała:

          > Jak Chmielna to tylko Kielman. :-)
          > www.kielman.pl/


          Ja przepraszam ale Kielman to dla klyentów z Konstancina
          a nie nas zwyczajnych :P
        • andrzej_b2 Re: Chmielna 07.03.07, 08:52
          W historii firmy Jana Kielmana proszę zwróćcie uwagę na zdanie: „W 1883 roku Jan
          otworzył warsztat przy ulicy Chmielnej. Wkrótce ożenił się z Marią Doley, panną
          z zamożnej rzemieślniczej rodziny….”
          Wszystko wskazuje, że panna Doleyówna była krewną Leona Doleya właściciela
          fabryczki obuwia maszynowego, która około 1913 r. ulokowała się przy ul.
          Terespolskiej 22 (ob. Chodakowskiej 22). Na praskie ślady Leona Doleya wskazuje
          Bronisław Dziubek w książce „Zaczynałem u Lilpopa” (Warszawa 1969). Wątek z
          Doleyami w tle był już na forum:
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=437&w=44202059&v=2&s=0Pozdrawiam
            • andrzej_b2 Re: Chmielna 10.03.07, 09:34

              To może dziś o rodzie Hiszpańskich, z których Stanisław – senior, w okresie
              przed wybuchem powstania styczniowego zdobył taką popularność, że upatrywano w
              nim drugiego Kilińskiego. W zasasadzie o tym zasłużonym dla Warszawskiego
              rzemiosła rodzie prawie wszystko zawarto w linku:
              www.linia.com.pl/indeks.php?d=13&w=149&p=01

              W biografii Stanisława Hiszpańskiego – syna, jest jednak wątek, którym w 1880 r.
              żyła cała Warszawa. Było nim zabójstwo, dr Aleksego Kurcyusza.
              Dr Kurcyusz był domowym lekarzem całej, dość licznej rodziny Hiszpańskich.
              Hiszpański – junior zaczął go podejrzewać, zresztą niesłusznie, o romans z jego
              piękną żoną. Od dłuższego czasu poprzedzającego skandal, między małżonkami na
              tym tle wybuchały awantury, szczególnie ostre, gdy majster nadużył alkoholu. W
              okresie tuż przed dramatycznym zdarzeniem Hiszpański przebywał w Saratowie, aby
              dokonać sprawdzenia stanu gospodarki swego zakładu. Niespodziewanie wrócił
              jednak do Warszawy. I znów wybucha awantura. Powodem były ślady uszkodzenia
              forniru, które odkrył na łóżku żony. Powodowany zazdrością udał się do
              mieszkania Kurcyuszów i strzałem z pistoletu trafił go w skroń, Ciężko ranny
              lekarz ciężko ranny po miesiącu zmarł. Sąd uznając, że działał w afekcie,
              wymierzył Hiszpańskiemu 8 miesięcy więzienia.
              Pozdrawiam
              • andrzej_b2 Re: Chmielna 12.03.07, 18:54
                Bez wątpienia Stanisław Hiszpański – junior (1884-1899) był chyba najbarwniejszą
                postacią, spośród wszystkich przedstawicieli rodu. Oprócz pracy zawodowej i
                społecznej w latach 1880-99 sporo publikował w Zorzy, Gazecie Rolniczej,
                Przeglądzie Tygodniowym i Gazecie Przemysłowo-Rolniczej, o problemach zawodowych
                swojej branży. W Gazecie Rzemieślniczej drukował gawędy starego szewca, kreśląc
                w nich m. in. sylwetki starych majstrów. Jak ocenia Stefan Kieniewicz jest to
                „ciekawy choć chaotyczny przyczynek do dziejów warszawskiego rzemiosła”.
                Pozdrawiam :-)
                • eela Re: Chmielna 13.03.07, 20:22
                  Na Narbutta jest dom, należący przed wojną do rodziny Hiszpańskich. Po wojnie odbudowali go na tyle na ile było ich stać. Dostali kwaterunkowych lokatorów. Teraz jest to raczej zaniedbane.
                  • andrzej_b2 Re: Chmielna 14.03.07, 07:43
                    Chodzi o willę przy ul. Narbutta 18, własność Stanisława Hiszpańskiego – wnuka,
                    której powstanie jest datowane na lata około 1920-21. Spalona w 1944 r., po
                    wojnie prowizorycznie odbudowana przez rodzinę, z pewnymi uproszczeniami
                    elewacji (więcej na temat budynku w Atlasie dawnej architektury ulic i placów
                    Warszawy, tom XII).
                    Pozdrawiam :-)
                    • andrzej_b2 Re: Chmielna 17.03.07, 18:30
                      „Oficerki od Leszczyńskiego”, to było marzenie wszystkich wojskowych, a mogli
                      sobie pozwolić na nie tylko zamożni. Nie wiem, czy się orientujecie, ale przed
                      wojną buty, mundur wyjściowy i galowy (tak, tak, był i taki) a także cały
                      moderunek paradny, każdy oficer musiał sobie sprawić na własny rachunek,
                      najczęściej za pożyczki spłacane później przez kilka pierwszych pensji. A
                      wszystko usiało być eleganckie i przepisowe, np. regulamin dopuszczał tylko dwa
                      typy pistoletów, i wszystkie zasady były skrupulatnie przestrzegane. Ambicja i
                      honor każdego oficera nie pozwalał na wysuwanie jakichkolwiek żądań finansowych
                      w tym względzie wobec państwa. Dlatego byli specjalni krawcy i szewcy, którzy
                      specjalizowali się wyłącznie w zamówieniach wojskowych. Bez wątpienia
                      najelegantszym i najdroższym w warszawie był Lucjan Leszczyński, który miał dwa
                      swoje magazyny obuwia, przy ul. Nowy Świat 34 i przy pl. Trzech krzyży 14. W
                      butach od niego można było przejrzeć się, jak w lustrze. Nie wierzycie, to
                      spójrzcie na oficerki Rydza-Śmigłego.
                      foto2.m.onet.pl/_m/35f9d7dc993073ed08a6b8b5c7161afa,21,19,0.jpg
                      Trudno znaleźć w prasie reklamę Leszczyńskiego – on nie musiał, ale byli też i
                      tańsi mistrzowie dratwy i kopyta, którzy reklamowali się np. w Polsce Zbrojnej.
                      Był m.in. taki Jakób Marek, Bielańska 22, który polecał buty wojskowe po
                      przystępnych cenach i na dogodnych warunkach spłaty. Mniej zamożni młodzi
                      oficerowie „ubierali się” poza Nowym Światem, Chmielną i ogólnie mówiąc poza
                      ścisłym centrum.
                      Pozdrawiam :-)
    • pol-a Rzemiosło po grochowsku 06.03.07, 15:50
      Panie Andrzeju, gdzie jak gdzie, ale na Grochowie z przyległościami na brak
      rzemieślników nie możemy narzekać! To ciągle jeszcze najbardziej nasycona tego
      rodzaju wytwórczością okolica w Warszawie. Wymieniam „z palca” tylko co bardziej
      malownicze zakłady. Genialne rurki z kremem wyrabiane przez potomków
      przedwojennych praskich cukierników w pawilonach przy Rondzie Wiatraczna - na
      wyposażeniu zakładu (Grochowska 210/212) jest niemiecka maszyna z lat 40. do
      aplikowania bitej śmietany. Warsztat naprawy akordeonów przy St.Augusta, do
      którego pielgrzymują posiadacze tego instrumentu z całej Polski. Słynna na całą
      Warszawę gorseciarnia przy Grochowskiej koło urzędu pracy. Opiewany przez Staśka
      Wielanka Bar Gocławski (Płowiecka 5 B) rodziny Nestoruków (51 lat w tym samym
      miejscu!, teraz interes przejmuje wnuk), serwujący najlepsze flaki w mieście.
      Krawiec z witryną, która nie zmieniła się co najmniej pod lat 60. - przy
      Siennickiej. Punkt naprawy saksofonów (!) przyt Grochowskiej koło Instytutu
      Weterynaryjnego. Bardzo solidny szewc urzęduje niemalże w samym centrum
      dzielnicy, w kamieniczce z lat 30. przy Grenadierów róg Spalinowej. Czapników,
      tapicerów, kaletników, krawców, ramiarzy jest jeszcze co najmniej kilkunastu.
      Jest też lodziarnia Kowalskich (G-ska 173-175), co prawda „tylko” z 35-letni
      stażem. Co ciekawe, niedawno dwie familie rzemieślnicze ulokowały na Grochowie
      swoje agendy. Olczakowie (firma z 65-letnim rodowodem) otworzyli kilka lat temu
      cukiernię przy Rondzie Wiatraczna. A opodal, w tzw. „Grzybkach”od 1985 roku
      wypieka ciasta klan Cichockich, którego członkowie parali się cukiernictwem
      już 71 lat temu. Żeby na Grochowie obstalować kaszkiet albo ucieszyć
      podniebienie smakiem prawdziwej bitej śmietany nie trzeba pomagać sobie świecą :)
      • zbyszek_33 Re: Rzemiosło po grochowsku 06.03.07, 22:27
        Oprawa obrazów, luster, pozłotnictwo. Bliska 21 w suterenie obok Dw.Wschodniego.
        Z czystym sumieniem polecam. Porada w sprawie wyboru ram i kolorystyki - gratis.
        Można negocjować ceny. Rzetelnie, solidnie i terminowo. Jedyny problem, żeby
        wybrać ładną rame do obrazu, koniecznie należy pofatygować się osobiście z
        arcydziełem.
        Pozdrowienia

    • miszka44 Prascy rzemieślnicy 13.03.07, 15:58
      Przed rokiem w "Polityce" ukazał się artykuł pod wielce wymownym tytułem
      "Ostatni gasi światło": TEKST

      Pzdr
      M44
      Warszawa subiektywnie
      Stowarzyszenie NOWA PRAGA
      • nasza_maggie Re: Prascy rzemieślnicy 13.03.07, 17:20
        to wklejam, bo ucieknie jeszcze i co?:)

        Polityka - nr 17/18 (2552) z dnia 29-04-2006; s. 156 Na własne oczy
        Ostatni gasi światło
        W pracowniach rzemieślniczych warszawskiej Pragi ukrył się dawny świat. Ma
        zapach starych kamienic, barwę zdartego muru i rdzy balustrad, dźwięk
        szewskiego młotka przybijającego obcasy. W ludziach, zarabiających tu na życie
        od dziesiątków lat, zapisała się pamięć miejsca. Stalowej, Inżynierskiej,
        Wileńskiej, Ząbkowskiej, na które tymczasem przeprowadza się nowoczesne miasto
        ze swoimi apartamentowcami, galeriami handlowymi i pracowniami artystów.
        Agnieszka Rybak


        Buszejka, Antolka, Arletka, Stefanka... Praskie ciasteczka. Koleżanki pyzy ze
        skwarkami z bazaru Różyckiego. Znikły zmiecione dietami cud, liczeniem kalorii
        i higienicznym terrorem.

        – Ludzie nie kupują już tortowych z kremem – tłumaczy Maria Celtkowska,
        właścicielka najstarszej na Pradze cukierni Puchalskiego, spadkobierczyni
        tradycji. Ojciec założyciel Aleksander Puchalski to człowiek-instytucja. Za
        odprawę, jaką dostał w gazowni, założył w 1928 r. pierwszą pracownię
        cukierniczą na Wileńskiej 5. W ciągu jedenastu lat dorobił się czterech
        kawiarni i sklepów w najbardziej prestiżowych punktach miasta – m.in. na rogu
        Zgody i Chmielnej oraz przy Krakowskim Przedmieściu. Zasłynął z tortów. Do jego
        lokali wpadali na kawę z ciastkiem modni aktorzy. Po wybuchu wojny zostali na
        dłużej – właściciel zatrudniał bezrobotnych artystów. Pomagał członkom
        podziemia z AK, więźniom Pawiaka, dokarmiał matki z dziećmi. Trzy dni przed
        wyzwoleniem Pragi rozstrzelali go Niemcy. Po wojnie jego studwudziestometrowe
        mieszkanie na Stalowej zajęło NKWD. Firma nigdy nie wróciła już do dawnej
        świetności.


        Ludzie nie kupują i nie jedzą już kremów, nie naprawiają butów, nie używają
        maszyn do szycia i do pisania, nie szlifują szkła, nie cerują rajstop i nie
        piorą puchu. Nie ostrzą nożyczek po bramach. W mrocznych, głębokich jak studnie
        podwórkach nie grają orkiestry.

        Nowy człowiek żyje inaczej. Zdaniem starszych panów, pochylonych nad
        warsztatami, symbolem jego potrzeb jest dziś supermarket. Jak gwóźdź do trumny
        wbity na końcu Stalowej. No i galeria Centrum Wileńska. Kilkudziesięciu praskim
        zakładzikom, które rozwijały się tu i konkurowały ze sobą od dziesiątków lat,
        śmierć zagląda w oczy. „Jestem w terenie” napisał naprawiacz maszyn biurowych
        Lipko. I nigdy już nie wrócił na Strzelecką. Wyliczanka jak apel poległych. Rok
        temu w kwietniu pracownię przy Wileńskiej zamknął Jerzy Kamiński, 75-letni
        szlifierz szkła, który pamięta te kwietne wzory, cięte ręcznie na kryształowych
        wazonach – eksportowy towar PRL. Kilka miesięcy temu zniknął magiel z ulicy
        Strzeleckiej, choć zamówienia od stałych klientów przyjmuje jeszcze dziewczyna
        sprzedająca pieczywo. W stan spoczynku przechodzą rzemieślnicy i ich klienci. A
        wraz z nimi dawna Praga.

        Wiesław Wiśniewski, właściciel pralni pierza z ulicy Konopackiej, historię swej
        pralnicy zna z rodzinnych opowiadań. Ogromną maszynę w stylu retro z
        przyczepioną do boku kierownicą, która dziś zajmuje całe wydzielone zasłonką
        zaplecze, dziadek kupił po wojnie. W 1953 r. otworzył na Strzeleckiej rodzinny
        interes. To były czasy! Podstawą przemysłu pościelowego była gęś. Żadnych
        poduszek podrabianych z waty czy bawełny. Pierze miało swoją cenę, dlatego
        opłacało się je prać, pikować pierzyny. Lokalik na Pradze to było marzenie.


        Zaczynało się od podania do Krajowej Rady Narodowej przy ul. Karola Wójcika
        (dziś księdza Kłopotowskiego), a urzędnicy ustawiali chętnych w długą kolejkę.

        Franciszkowi i Stanisławie Sikorskim sprzyjało szczęście. Warsztat przy
        Czynszowej 4, do którego dziś – jak do chatki z bajki – prowadzą zielone
        drewniane drzwiczki, oddał im kuzyn. Przyszli tu w 1955 r., młodzi, zakochani,
        z nadzieją na szczęście. Poznali się w Parku Praskim, gdzie robotnicza młodzież
        podrywała przesiadujące na ławkach dziewczyny. Sikorski mieszkał z kolegami na
        Targówku, pracował do późna, nie miał czasu, żeby po parku za dziewczynami
        latać. Aż raz kolega zaprosił go, żeby się pochwalić zdobyczą. – I jak
        zobaczyłem jego dziewczynę, to nie chciałem innej. Myślę, taka fajna,
        przydałaby mi się. Gdy potem pan Stanisław wpadł przypadkiem na dziewczynę w
        sklepie, powiedział sobie: Już cię nie puszczę. I tak została cholewkarzową.

        Po ślubie zamieszkali w warsztacie, z sypialnią na antresoli. Tu urodził się
        ich pierwszy syn. Tu cieszyli się kupionym za pracę po nocach mieszkaniem w tym
        samym bloku. Tu rozgrywały się dramaty, gdy sąsiadka z oficyny doniosła
        władzom, że mieszkanie kupili nielegalnie. W ramach wyrównania rachunku krzywd
        z prywaciarzami peerelowskie władze dokonały zamiany ich mieszkania z
        mieszkaniem donosicielki. Dostali 9 m kw. w oficynie.

        Ale z perspektywy czasu nawet to, co złe, wspomina się z odcieniem nostalgii.
        Oficyny, ubikacje w podwórkach, kocie łby i wiecznie panujący półmrok, który
        rozświetlały lampy gazowe, pastorały, które co wieczór zapalał latarnik.

        Gdy Halina Cieszkowska, historyczka, przyszła po raz pierwszy w 1959 r.
        obejrzeć swój przyszły dom na Równej, zobaczyła jejmość wychylającą się na
        ulicę. – Cały kubeł nieczystości wylała do rynsztoka. Wprost przede mnie.
        Pomyślałam: Boże, Cieszkowska, gdzie ty będziesz mieszkać!

        Później stała się kronikarzem Pragi. Na Stalowej, w malutkim zakładzie pani
        Danowskiej, która łapała oczka w pończochach i prowadziła obciąganie guzików,
        za gęstą firanką zbierali się starzy ludzie, pili herbatę i wspominali. A
        Cieszkowska z tych wspomnień pisała artykuły do gazet. To wtedy, w końcu lat
        50., rodzinie cukiernika Puchalskiego udało się odzyskać pracownię na Stalowej
        28, którą w międzyczasie brygady pracy przemieniły w skład węgla. Cukiernia
        znowu działała i miała konkurencję. Jeszcze przed wojną swój zakład otworzył
        Władysław Grabowski. Sympatyczny pan z wąsami na Pragę sprowadził się z
        Podhala. Po wojnie stał się znawcą miodów. Nazywano go Alchemikiem.

        Po wojnie przy Stalowej Jan Dynowski miał Kremówkę, a na rogu Wileńskiej i
        Inżynierskiej zakład otworzył Tadeusz Czwarno, uczeń Puchalskiego. Cukiernia
        była jego życiem i jego światem. – On nie był nigdy w życiu w lesie. Nie
        widział, jak grzyb wygląda. Siedział tutaj świątek, piątek, sobota, niedziela –
        opowiada szewc Grzelak, sąsiad.


        Pod koniec lat 70. i w kolejnej dekadzie małe zakłady rzemieślnicze święciły
        triumfy. W praskiej oazie przedsiębiorczości próbowali sił nowi. Czesław
        Zembrzuski pamięta uczucie szczęścia, gdy w 1973 r. z powodu choroby serca
        zwolnił się ze stacji obsługi samochodów i dostał przydział na lokal przy
        Wileńskiej. Zajął się naprawianiem maszyn do szycia. – Mnie nikt nie znał, ale
        jak miałem bumagę, że mogę zakład prowadzić, wywiesiłem szyld. Jak już
        wyrobiłem sobie markę, to pracy miałem, że nie mogłem się wyprostować.

        Waldemar Arcikiewicz, pozłotnik, dostał lokal na Środkowej 3a w 1982 r. W mroku
        pracowni wygładzał szorstką przeszłość ram, brązowił i pozłacał. Warszawiak z
        dziada pradziada, ze Szmulek, złocił Zamek Królewski, Łazienki, Pałac w
        Wilanowie, zabytkowe kościoły. W latach 80. władza poluzowała Kościołowi.
        Księża dostawali pozwolenia na budowę i renowację świątyń, więc Arcikiewicz
        ciągle był w rozjazdach. W pracowni przy Środkowej dyżurowała żona.

        Andrzej Grzelak, szewc z Inżynierskiej, który klientki tytułuje: Aniołku,
        opowiada: – Powtarzałem, że szewcem nigdy nie będę. Gdyby żona wiedziała, w
        życiu by za mnie nie wyszła. Jeździłem jako kierowca, a kierowca to ktoś. Ale
        jak przez przypadek wpadłem, zabrali mi prawo jazdy. Dwadzieścia osiem lat temu
        przejął zakład po ojcu. Przypadkiem i z niechęcią, bo szewc, jak murarz, nigdy
        nie cieszył się społecznym szacunkiem. Z ojcowskiego zakładu została mu stopka.
        Drobna, zimna, m

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka