sibeliuss
03.01.08, 08:16
W warszawskich sądach brakuje protokolantów. Problem w tym, że
młodzi ludzie nie chcą podjąć pracy za grosze, jakie oferuje im
stołeczna Temida. Czy z tego powodu sądom grozi paraliż?
Ministerstwo Sprawiedliwości o sprawie wie, ale nowy minister nie ma
jeszcze pomysłu, jak ją rozwiązać.
800 zł brutto - tyle może dostać na rękę świeżo upieczony pracownik
administracyjny sądu w Warszawie. Trudno się zatem dziwić, że choć
chętni do pracy są, to jednak szybko z niej rezygnują. Szczególnie,
kiedy się okazuje, że wbrew obiegowej opinii praca protokolanta to
nie tylko bezmyślne siedzenie na rozprawie i wpisywanie do akt tego,
co powiedzą strony. Do tego dochodzi wykonywanie poleceń sędziego
(np. wypisywanie i wysyłanie wezwań), a także praca w weekendy,
święta i często po godzinach. - Wymaga się od nas wyższego
wykształcenia, w zamian nie oferuje nawet perspektyw na poważniejszą
podwyżkę, dlatego traktujemy tę pracę jak przechowalnię - żalą się
pracownicy. I nawet nie ukrywają, że co poniedziałek wyrywają sobie
z rąk "Gazetę Praca" i szukają innej, lepiej płatnej posady.
Efekt jest taki, że ci, którzy zdobyli już jako takie doświadczenie,
odchodzą, na ich miejsce przyjmowani są nowi. - To młodzi, często
zupełnie niedoświadczeni ludzie. Popełniają mnóstwo błędów, zdarzają
się przypadki, że zapominają wysyłać wezwania, źle wypełniają
polecenia sędziów, do tego mają problemy ze sprawnym
protokołowaniem - skarży się jeden z sędziów. - Już nieraz zdarzały
się przypadki, że z powodu jakiegoś niedopatrzenia trzeba było
odroczyć sprawę.
Protokolantów i innych pracowników administracyjnych jest za mało i
czasem zdarza się, że sędziowie mają problem ze znalezieniem osoby,
która pójdzie z nimi na salę protokołować. Kilka miesięcy temu w
jednym z wydziałów, który borykał się z poważnymi brakami kadrowymi,
do protokołowania wziął się... kierownik sekretariatu.
Rzecznik praskich sądów sędzia Marcin Łochowski przyznaje, że
problem nie jest błahy. Brakuje pieniędzy na awanse, nie wszyscy
mogą liczyć na nagrody czy dodatki. - Prawdą jest, że w takiej
sytuacji trudno znaleźć w naszym sądzie pracownika z dwu- czy
trzyletnim stażem - mówi. - O paraliżu nie można jednak jeszcze
mówić, bo prezesi sądów jakoś próbują radzić sobie z problemem.
Jak? Rzecznik szczegółów nie podaje. Jednak tajemnicą poliszynela
jest fakt, że w sądach nagminnie łamana jest dyscyplina budżetowa.
Wbrew zasadom zatrudnia się np. pracowników na umowę-zlecenie. Ich
płace finansuje się np. z pieniędzy zaoszczędzonych na
elektryczności.
Ministerstwo Sprawiedliwości o sprawie było informowane. - Już w
połowie ubiegłego roku mieliśmy sygnały o masowych odejściach
pracowników z warszawskich sądów - przyznaje Sławomir Różycki z
biura prasowego ministerstwa. - Zdajemy sobie sprawę, że żadne
środki zaradcze typu nagrody czy dodatki nie rozwiązują problemu.
Minister o sprawie wie.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna