Gość: Niki
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
10.12.08, 03:28
Od urodzenia mieszkałam w Warszawie, mój synek poszedł tam do
przedszkola. Płaciłam około 500 złotych. Przeprowadziłam się na
Mazury. Za przedszkole od 7:00 do 14:00 płacę 47 złotych miesięcznie.
Nie ma wyżywienia, ale to akurat jest najmniejszym problemem - maluch
bierze ze sobą kanapki, serki i zjada razem z innymi dziećmi. Dostaje
wliczone w cenę mleko, soki i bułki z serkiem. Czegoś w tym wszystkim
nie rozumiem - w końcu ceny na Mazurach i w Warszawie są
porównywalne. Na Mazurach w sezonie nawet wyższe niż w stolicy. Czy
nie można zrobić takich właśnie przedszkoli jak tutaj? Bez
leżakowania, obiadów, dość paskudnej kuchni "z kotła"? Nasze
dzieciaki swoje przedszkole uwielbiają, mają fantastyczne
wychowawczynie. Dobrze - nie ma zajęć dodatkowych, ale jak przypomnę
sobie przedszkole w Warszawie, gdzie było tych zajęć multum (trzy
języki, basen, rytmika, kółka artystyczne...) i te zmordowane
dzieciaki, które wykończone wracały do domu po wkuwaniu słówek i
zaspokajaniu ambicji rodziców, cieszę się, że mojego syna to
ominęło...
Przy okazji - pozdrowienia dla wspaniałych wychowawczyń mojego
dziecka z wiejskiego przedszkola w Ukcie koło Rucianego-Nidy. Dzięki
- oboje cieszymy się, że jesteście.