edek40
30.12.10, 18:52
Jade ja sobie ciemna uliczka na warszawskim Zeraniu Przemyslowym. Oswietlenie uliczne pamieta czasy Gierka. Zarowki rowniez. Przede mna cinkocienko, za mna nikogo. Zblizamy sie do przejscia polozonego opodal przystanku za to w calkowitej ciemnosci, poglebionej przez nieliczne latarnie w dalszej perspektywie. Jezdznia z zajezdzonym brazowym syfem. Pedzimy okolo 40 km/h. Nagle przed cieniasa wchodzi przechodzien. Cienki zaczyna hamowac i widze jak go zaczyna obracac. Pod sunacy juz nieomal bokiem wchodzi nastepny pieszy. Cienki zbliza sie do przejscia. Wchodzi kilka osob. Cinqucento w koncu sie zatrzymuje d...pa na przejsciu. Ostatni pieszy lekko uskakuje. Ja z ABS zachowalem prostolinijny tor lotu, byc moze rowniez mialem lepsze opony.
W razie potracenia naturalnie winny bylby kierowca. Pytanie tylko czy dla potraconego pieszego jest to az taka satysfakcje, ze ryzykuje wejscie pod samochod, nad ktorym kierowca calkowicie stracil panowanie. A moze, w mysli przykazan hannnnni, pieszy ocenil, ze samochody jada powoli, wiec w razie kolizji wyjda tylko troszke potluczeni? Ja rozumiem tego pierwszego, ktory przeszedl calkowicie prawidlowo i ze sporym marginesem. Ale kolejni. Pod sunace bezwladnie auto?