dederes
10.12.02, 22:13
Tekst z "Rzeczpospolitej" :
Czy wolno nam dyskutować o Unii?
Ważne oficjalne osobistości i liczni publicyści wprowadzają zakaz wymiany
opinii w imię racji stanu, interesu narodowego. Niektórzy przy tym powołują
się na sam rozum, którego, jak sadzę, czują się kolejnym historycznym
wcieleniem. Używają najcięższych argumentów, broniąc tak zwane pryncypia.
Zabraniają nam dyskutować zarówno o warunkach wejścia Polski do Unii
(dopuszczalna jest, jak się dowiaduję, taka dyskusja dopiero po zakończeniu
negocjacji), o terminach akcesji, jak też o politycznych zawirowaniach, jakie
mogą towarzyszyć naszym planom europejskim. Każą ufać w wyjątkowo dobrą wolę
i trafność ocen negocjatorów. Wymagają też od nas, byśmy nadto naszych
partnerów rozmów nie drażnili. Wszak mamy do czynienia z ludźmi kulturalnymi
i z towarzystwa.
Gdy czytam lub oglądam tę serię wystąpień, mam wrażenie, że ktoś tu
rzeczywiście postradał poczucie rzeczywistości.
Bo dlaczego w tak agresywny sposób atakuje się każde wystąpienie, które w
miarę rzeczowo stawia pytanie o to, czy aby rzeczywiście warunki akcesyjne są
najlepiej dopracowane? Atakom na Jarosława Kaczyńskiego czy Ryszarda Bugaja
(przedziwna to skądinąd koalicja) po pierwsze towarzyszy przekonanie, że na
czas rozmów i zapewne do referendum mamy wstrzymać oddech i dobrowolnie
ograniczyć wolność słowa. Obowiązuje nas zasada zaufania i wymuszonej
jedności. Wszystko w imię racji historycznych, postępu i szczęścia ukochanej
ojczyzny. Po drugie, zakaz dyskusji prowadzi w istocie do irracjonalizacji
życia publicznego.
Bo jeśli nie wolno nam nawet podawać w wątpliwość zaufania do politycznych
zwierzchników, jeśli nie możemy zastanawiać się nad wysokością składki
akcesyjnej i szeregiem innych rozwiązań, to tym samym ponad wymóg racjonalnej
debaty stawia się zasady dyscypliny i wiary. Mamy uwierzyć, że wynegocjowane
rozwiązania są najlepsze i zamknąć gębę. Tak oto wybitni obrońcy rozumu i
kompromisu ujawniają mało fotogeniczne skłonności autorytarne. Wreszcie,
czego wyjątkowo nie lubię, argumentacja przeciwników debaty unijnej przyjmuje
postać jawnego szantażu moralnego. Powiadają oni bowiem, jeśli zastanawiasz
się nad datą wejścia do UE, to niezależnie od tego, jakimi dysponujesz
argumentami, jesteś wrogiem polskiego interesu narodowego albo też dla swoich
doraźnych gierek politycznych gotów jesteś grać racją stanu. Chwyt to
niegodny nawet początkującego dziennikarza czy publicysty.
Jest jeszcze w tej antydykusyjnej nagonce jeden niepokojący rys. Żarliwi
obrońcy wyjątkowo słusznej wykładni racji stanu zdają się być momentami
osobami pozbawionymi zwykłej politycznej wyobraźni. Jestem bowiem głęboko
przekonany o jednym: niezależnie od tego, jak i kiedy wejdziemy do Unii,
problemem jest szybki i jawny wzrost siły partii antydemokratycznych.
Obserwujemy więc przedziwny i trudny do zinterpretowania fenomen: rośnie
liczba osób gotowych wziąć udział w unijnym referendum, zwiększa się poparcie
dla Unii, a zarazem coraz więcej osób głosuje na ruchy antyeuropejskie i
antydemokratyczne. Pytaniem numer jeden nie jest więc teraz, czy Polacy chcą
akcesji do UE, pytaniem zasadniczym jest to, kim będziemy w UE, gdy okaże
się, że nie sposób powołać rządu bez poparcia jednej z partii
antywolnościowych, a stopień rozgoryczenia Unią i demokracją przekroczy próg
krytyczny. Przeciwnicy debaty europejskiej zdają się przyjmować zasadę: byle
zamknąć negocjacje, a co będzie potem, nie jest dzisiaj ważne.
Nie wiem, kto w tym sporze ma rację: Kaczyński czy Pacewicz, Bugaj czy
Skalski. Wiem jedno, że pierwszy raz i być może ostatni pojawiła się okazja
do zasadniczej debaty o Europie pośród tych, którzy są zwolennikami akcesji.
Podkreślam debaty, a nie propagandowego kaznodziejstwa. Nie widzę żadnego
powodu, by ze sobą nie rozmawiać. Strachu nie ma. I tak referendum wydaje się
wygrane.