wolna_galicja
01.07.03, 17:06
Z ostatniego "Najwyższego Czasu!":
"ROZPOCZĘŁO SIĘ ODLICZANIE
Stanisław Michalkiewicz
Kiedy tylko zakończyło się w Republice Czeskiej referendum w sprawie
przystąpienia tego państwa do Unii Europejskiej, zaraz niemiecki Bundesrat
wystąpił do Czech z żądaniem uchylenia tzw. dekretów Beneąa, a więc wydanych
po II wojnie światowej aktów prawnych, na podstawie których Niemcy sudeccy
zostali wywłaszczeni i deportowani z Czech do Niemiec.
Oficjalnym powodem tej depor tacji był zarzut zdrady stanu, jakiej mieli
dopuścić się sudeccy Niemcy wobec Czechosłowacji, więc był to rodzaj
odpowiedzialności karnej, egzekwowanej w ramach odpowiedzialności zbiorowej.
Nie to jednak jest istotne, chociaż, rzecz prosta, można by dzisiaj, podobnie
zresztą jak i wtedy, zastanawiać się nad zasadnością stosowania
odpowiedzialności zbiorowej. Ważne jest to, że po raz pierwszy z żądaniem
uchylenia dekretów Beneąa zwrócił się do Czech nie indywidualny polityk
niemiecki czy grupa "wypędzonych", tylko konstytucyjny organ niemieckiego
państwa. Oznacza to, że nasze ostrzeżenia sprzed referendum, iż dążenie do
zmiany stosunków własnościowych nie tylko w Sudetach, ale i na polskich
Ziemiach Zachodnich i Północnych, stanowi oficjalną politykę państwa
niemieckiego, zgodną z uchwałą Bundestagu z 29 maja 1998 roku.
Eurofile udawali, że tych ostrzeżeń nie słyszą, a jeśli już nie mogli tego
udawać, np. podczas bezpośrednich debat z udziałem publiczności, obrzucali
obelgami tych, którzy te ostrzeżenia zgłaszali, zarzucając im kłamstwo i
demagogię. Można by potraktować takie zachowania jako zwyczajne u nas
bęcwalstwo ludzi biorących odpowiedzialność za państwo, gdyby nie fakt, że
doskonale zdawali sobie sprawę z powagi tych ostrzeżeń oraz płynących z nich
konsekwencji. Dowodem, że eurofile bagatelizujący na użytek propagandy fakt
niemieckich roszczeń do Ziem Zachodnich i Północnych doskonale zdawali sobie
sprawę z własnych kłamstw, jest ustawa z 11 kwietnia 2003 roku o
kształtowaniu ustroju rolnego.
W art. 15. zmienia ona art. 1 ustawy z
26 lipca 2001 r. o nabywaniu przez użytkowników wieczystych prawa własności
nieruchomości. Ten art. 1. w pierwotnej wersji stanowił, że osoby fizyczne,
które 26 maja 1990 r., a więc w dniu komunalizacji mienia skarbu państwa oraz
w dniu wejścia w życie tej ustawy, były użytkownikami lub współużytkownikami
wieczystymi nieruchomości położonych na obszarze Ziem Odzyskanych, zarówno
zabudowanych na cele mieszkaniowe, jak i stanowiących nieruchomości rolne,
przysługuje roszczenie o nieodpłatne nabycie prawa własności tych
nieruchomości. Stosowny wniosek trzeba było złożyć najpóźniej w ciągu roku od
wejścia w życie ustawy, a wówczas starosta - w odniesieniu do mienia skarbu
państwa albo wójt lub burmistrz - w odniesieniu do mienia samorządowego,
mieli wydać decyzję o nabyciu przez zainteresowanego prawa własności. Atoli
ustawa ta znalazła się w Trybunale Konstytucyjnym na skutek skargi
zarzucającej jej naruszenie art. 21 konstytucji (RP chroni własność i prawo
dziedziczenia; wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie na cele publiczne i za
odszkodowaniem) oraz art. 64 (każdy ma prawo do własności; własność podlega
równej dla wszystkich ochronie prawnej; może być ograniczona tylko w drodze
ustawy i w zakresie nie naruszającym istoty prawa własności). Naruszenia te,
jak łatwo się zorientować, godzą w prawa nabyte, tzn. w prawo własności
samorządów terytorialnych. Warto w związku z tym zauważyć, że podobny los
spotkał pierwszą w tej sprawie inicjatywę ustawodawczą, tzn. ustawę
umożliwiającą zamianę wieczystego użytkowania na prawo własności z roku 1997.
TK uznał, iż jest ona sprzeczna z konstytucją, więc jej regulacje przestały
obowiązywać. Nowelizacja ustawy z 26 lipca 2001 r. dokonana przez ustawę z 11
kwietnia 2003 r. o kształtowaniu ustroju rolnego, a konkretnie przez art. 15
tej ustawy, polegała na tym, że zainteresowanym zamianą użytkowania
wieczystego na prawo własności nie przysługiwało "roszczenie" o taką zamianę,
tylko zamiana taka następować miała "z mocy samego prawa", a więc bez
uzależnienia od wniosku samego zainteresowanego.
(...)
Widzimy, że wbrew uspokajającym lub wręcz kłamliwym deklaracjom sprzed
referendum, jakoby nie było żadnego problemu, władze starały się gorączkowo
znaleźć jakieś remedium chroniące obywateli polskich na Ziemiach Zachodnich i
Północnych przed niemieckim dążeniem do zmiany stosunków własnościowych na
tych terenach. Taki pośpiech, niechby i w ostatniej chwili (nowelizację
uchwalono tuż przed podpisaniem przez Polskę traktatu w Atenach), byłby może
i chwalebny, gdyby nie wątpliwość, czy owe środki zaradcze nie okażą się
bezskuteczne. Po pierwsze, zarówno ustawa z 26 lipca 2001 roku, jak i
nowelizacja z kwietnia 2003 roku ufundowane są na zasadzie w sposób
oczywisty, a nawet rażący sprzecznej z przytoczonymi wyżej normami
obowiązującej konstytucji. Oczywiście możliwe jest, że Trybunał Konstytucyjny
dostanie rozkaz, by ze względu na rację stanu przejść do porządku nad tymi
sprzecznościami, a wtedy, ma się rozumieć, oddali wszelkie skargi. Tak się
robi w państwie prawnym, szczególnie takim, jak nasze, czego dowodem jest
choćby uznanie przez TK za sprzeczną z konstytucją uchwały lustracyjnej Sejmu
z 28 maja 1992 r. Pytanie tylko, czy takie orzeczenie polskiego Trybunału
Konstytucyjnego zrobi wrażenie w Niemczech. Chodzi mi o takie wrażenie, by
Niemcy powstrzymały się przed dalszymi próbami realizowania roszczeń
majątkowych tzw. wypędzonych. To zaś nie jest już takie pewne, a to z uwagi
na przepisy obowiązującej w Polsce konstytucji (art. 9, art. 87 i art. 91) i
stosowne normy prawa międzynarodowego, które Polska ratyfikowała lub
ratyfikuje. Art. 9 stanowi, że Polska przestrzega wiążącego ją prawa
międzynarodowego. Dalsze artykuły precyzują, w jaki sposób to czyni. Art. 87
stanowi, że umowy międzynarodowe są źródłem obowiązującego w Polsce prawa,
zaś art. 91 ust. 1 stwierdza, że ratyfikowana umowa międzynarodowa w zasadzie
stosowana jest u nas bezpośrednio. Ust. 2 precyzuje, że umowa ratyfikowana za
uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed zwykłymi polskimi
ustawami, zwłaszcza gdy takiej zwykłej ustawy nie da się pogodzić z umową.
Ust. 3 tego artykułu, zapisany na użytek przystąpienia do Unii Europejskiej,
idzie krok dalej, stanowiąc, że jeśli wynika to z ratyfikowanej przez Polskę
umowy tworzącej organizację międzynarodową, prawa przez nią stanowione,
stosowane są u nas bezpośrednio, mając pierwszeństwo w razie kolizji z
ustawami krajowymi.(...)"
Całość tutaj: www.nczas.com/?a=show_article&id=1267