Gość: Pichciarz IP: *.proxy.aol.com 03.12.03, 04:04 A co będziecie popijali w Święta? Coś ognistego jak i delikatnego. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
tradycja1 Re: Picie w Święta 03.12.03, 05:36 Swieta to okazja by odpoczac od wszelakich trunkow, przynajmniej dla mnie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kohol Re: Picie w Święta IP: *.crowley.pl 03.12.03, 08:37 Kompot z suszu, aguompień. Odpowiedz Link Zgłoś
pozo Re: Picie w Święta, czyli... 10.01.04, 02:41 ...przygody fryzjerki meskiej. Wczesnowiosenne popołudnie mazało błotniście wklęsłołby bruk obskurnie podmiejskiej uliczki, którą nawet diabeł omijał szerokim łukiem przyległej obwodnicy, nie racząc swą szponiastą dłonią machnąć w dobronocnym geście "pa" na przeżegnanie jej mieszkańcom. I tylko słońce: głupio - demokratycznie traktujące piękno i brzydotę obdarzało tubylców resztką lodowato przytępionego blasku, choć i ono już za chwilę miało zostać wchłonięte przez nadchodzącą, nieparlamentarnie się rozpychającą, noc. Dzień chłodny i błotny non money i głodny... ...jestem głodna - bezmyśl marchewkowego, siedzącego na progu zakładu fryzjerskiego dziewczęcia znalazła swe philosoftliczne uświadomienie w zamglonoprzymkłym jękliwym bycie. oj, Aniu, Aniu zapomniałaś już o cukierence gdzie połknęłaś trzy eklerki - może więcej? oj, Aniu, Aniu zapomniałaś juz o "Ptysiu" gdzie wchłonęłaś talerz zupy oraz kisiel? o, Aniu, Aniu zapomniałaś już o barze mlecznym gdzie spłonęły twe jelita laczo pieprznym? Superego próbowało przebić się przez rozmarzone idy Ani, ale...noworoczna wizja danej sobie obietnicy zgasła w tempie płochopłonnego fajerwerku. Jestem słodka, jestem wiotka... Obiektywnie rzecz obejmując, Ania miała rację - 97 kg słodkopochodnej wagi, 116 cm kuszącej sferyczności biodroobrotu, 101 cm górzyści zawieszonej pieszczoty mamczynej piersi. Nabyte - najpierw praca w spółdzielczym warzywniaku a potem w osobiście skredytowanym zakładzie fryzjerskim - czarowne ruchy Ani pełne były anielskiego wdzięku i tanecznej, międzyfotelowej gracji. No i niby wszystko było akuratne i na miejscu, ale...młodzieńczy optymizm Ani westchnął rozdzierającym smętkiem... - Balcerowicz musi odejść! No bo, kurde, rogów obfitości podaży mamy dość, ale gdzie te popyty?! Założenia aninowego biznes planu rozwiewał fiskusowy wiatr, jak obcięte kłaki rozmarzonej wizjami głowy, ech... ...oj, Aniu, Aniu ty działaj, nie planuj rusz dupę, nie bajaj rusz szkity - przechodniom się kłaniaj... - ajajajajaj...! Smukła pulchność akuratnie wydepilowanych jedwabistą gładzią żyletki łydek Ani z siłą wodospadu została zbrukana chamską energią kinetyczną odrzutu abeesowego hamowania. - Ty szujo przebrzydła! jeżozwierzu sparchaciały! dupku szczeżujoszczęki!...- w zapowietrzoną spację oddechu przedarł się - nareszcie dopuszczony do głosu - zbaraniały zmysł wzroku... - Aleee auuutooo...- skumulowany wydech skondensowanego dwutlenku węgla zamienił się wewnątrztrzewiowo w cichy gwizd zaskoczenia. Bo i auto było tego warte: czarnolśniaca, najwyżej trzy, pięcioletnia favoritka tajemniczo łyskając przyciemnianymi szybami; w tym - zapomnianym przez luksus - zakątku wielkomiejskiego zapomnienia - był to przejaw szczytującego haj lajfu, oglądany z rzadka li tylko przez odbicie kioskowej szyby. Drzwiczki skody skrzypnęły cichutko i pojazd uwolnił rozprostowujące sie członki kierowcy: - Fryzjera szukam. To tutaj? - tembr przepitego głosu zdał się aninym uszom plastrem miodu na pustyni - nie, absolutnie nie z powodu swej chropowatej barwy (tej miała w najbliższej okolicy na pęczki, żeby nie powiedzieć "na kopy"), ale...fryzjera! chciał! potrzebował! jej! ech...znaczy się - może uda się choć jedna ratę na kase fiskalną skredytować? Pąs zachwyconego oczekiwania pokrywał niewinne liczko dziewczęcia, gdy skrępowanym dygiem zażenowanego podniecenia skłaniała się przed nagłym gościem: - Ależ tak! To tutaj! - spółdzielnia fryzjerska "Zielone Wzgórze", zakład pracy chronionej. Balejaże, pasemka, ondulacja... - Aach...zakład pracy chronionej? To widać - taksujacy wzrob przybysza wprowadził delikatność narządów ruchu Ani w nieoczekiwane drżenie. - Ale co mi tam: z braku kłaków i cyrulik sewilski patałachem, hehehe! - niski lot rechoczącego samozachwytu odbił nagłym tąpnięciem zmurszałe tynki sąsiednich budynków, ale - co przyuważyła nawet wymiękła sytuacją fryzjereczka - konstrukcja wytrwała, uff... - Ok, ondulacji nie potrzebuję, chcę tylko ściąć włosy. Przy dojeniu krów mi przeszkadzają. Prowadź, mała, do mistrza! - zamaszystym ruchem zarzucił na swą dłoń długą, biało - czerwoną pelerynę, skrywającą całość postaci od stóp do głów, po czym - dostojnie i zdecydowanie - przekroczył niskie progi "Zielonego Wzgórza". - Ależ panie...- przerywanym kurcgalopkiem... ...oj, Joanno, Joanno dodaj sił Ani bo facet ucieknie gdy prawde objawi... ...wdzięczna fryzjereczka próbowała dotrzymać kroku niedorozumiałemu kontrahentowi... - jam ci jest mistrz...znaczy się mistrzyni...to jest...prawie. - Hę? - spode kaptura połysknęły niezmąconym obrzydzeniem stalowe ostrza ócz. - Ależ...- nareszcie wrodzona rezolutność dziewczyny była w stanie ujawnić pełnię swej niedorozwiniętej krasy. - Ja naprawde umiem strzyc! Miałam nawet praktykę! - duma tego twierdzenia oblała blaskiem zaśniedziałe narzędzia pracy spółdzielni fryzjerskiej, odbijając się przytłumioną pajęczynami iskrą od skrzydlatych luster, ześlizgując matowym połyskiem po przykurzonych oparciach dermowych foteli. - Pan siada a ja kawy szybko zrobię - i Ania, bez czekania na konsekwencje procesu decyzyjnego potencjalnego klienta, pobiegła do toalety, służącej okazjonalnie za przyzakładowy aneks kuchenny. Prawde bowiem gadała, miała praktykę. Na ten przykład przed ostatnim sylwestrem wybalejażowała kruczowłosą Dianę, pięęknie wyszło! szkoda, że ze wszystkimi cebulkami, chlip...no a sama? iluz to eksperymentom poddała się samowolnie, dla dobra ludzkości? tera robi za jenynookolicznościową reprezentację panków w okolicy. Nic to - nauka wymaga poświęceń (i czasami wody utlenionej, auć!) Uciekł? Nie uciekł? Siedzi? Chybotliwie kolebiąc się na wysokich obcasach półbiegła mistrzyni fryzjerska zdążała w kierunku pozostawionego gościa. Był! Roztaczając purpurową poświatę lśnił niczym bombka choinkowa w ponurej przestrzeni fotela. - Proszę. Pyszna kawa. Rozpuszczalny Jacobs, co prawda tochę kwaśna, ale z mlekiem akuratna - bez zbędnych w tej sytuacji ceregieli wepchnęła w dłonie (ożżż, w cholerę! po kie licho mu te rękawiczki?!) chodowcy krów gorący kubek. - No już. Dobra, dobra, nie gniewaj się, panienko. Tera tnij a dyć szybko, bo na mnie czekają, maleńka - udobruchany widać ciepłopłynnym gestem gościu siorpnął spory łyk wonnego naparu... - Auuuuć! To...o...o...oooo....ratunku! - nagły ruch odwyrtnął go abarot do pjonizacji sylwetki, zrzucając tym gestem zakapturzenie z zakrytego oblicza - o...o..oparzyłaś mnie!! Ależ włosy! Ania z niekłamanym zachwytem profesjonalizmu wpatrywała się w okalajaca twarz przybysza aureole przybrania do chwili, gdy rozeznała się w treści charczących wściekłością dźwięków: - Bo pan to pewnie za szybko...chlip...lodu? - Głupia ty! Wacik! Szybko, skórka na dziąsłach mi płonie! - w zburzeniu wymachiwał chaotycznie połami okrycia, niby feniks łatwopalny. Wacik? Anine myśli gorączkowo przebiegały zakamarki "Zielonego Wzgórza" aż w końcu...eureka! jest! w trzeciej szufladzie od prawej leżała (a przynajmniej powinna) zapomniana od przeszło roku podpaska always. Gdyby tak cichutko, niepostrzeżenie rozbroiła tomże, byłby gazik jak ta lala. Jak pomyślała, tak niezwłocznie w skrytości zakładowego bałaganu wykonała - co prawda przez moment ogarnęły ją wątpliwości natury aseptycznej, ale...jakoś trza se radzić w podbramkowych sytuacjach! - Bardzo proszę. A może sama spróbuję pana zaopatrzyć - spocona dłoń Ani wyrywała się spazmatycznie w kierunku umiejscowionego nieszczęścia przybysza. Wstręt wymieszany kogek - molowo z oburzeniem szczerym, bezskrywanym trafił fryzjereczkę w samo epicentrum jej jestestwa: - Głupia! Idiotka! Kretynka! - Widziały gały, co brały...znaczy się...widziały zęby, co chlały...to jest...lodu? - nie miała, niestety, kostkownicy, ale za drzwiami pałętały się ciągle resztki zimy, gdyby chciał - niech gada, żaden problem. Wzburzo Odpowiedz Link Zgłoś
pozo Re: Picie w Święta, czyli... 10.01.04, 03:35 Wzburzony klient potrząsnął zrezygnowanymi lokami: - Wody! Zimnej! Ech, te chłopy...kawka, watka, wódka...woda! Ograniczony pomyślunek Ani nabył nagle nowych przestrzeni horyzontalnych. Woda...znaczy sie kran. Jak kran to i wodociągi, jak wodociągi to pewnie i umywalka itede. SANEPID!!! Świne mi sasiedzi podłożyli, to jest - krowę! Młoda, zdolna, samofinansująca się, z aspiracjami a oni...chca zniszczyć! Niedoczekanie... Jak mi powie, że chce do toalety, wykopię ghostka! Lecz, zanim uskuteczniła z mocą swe bojowe zamiary, pobiegła po...szklankę wody - klient nasz pan - sie wie! Ze skurczoną bóbem twarzyczką siedział nieboraczek, bezsilnie łapiąc płytkimi haustami chłodne powietrze. Ale wodę wypił duszkiem, ha! Wykorzystując ten moment skruszałej bezcielesności umysłu, fryzjereczka Ania, pogwizdując umiejętnie przez górnoszczękowa szparę w zębach, zabrała się energicznie do pracy. Ach, jak ona to lubiła!...Byleby tylko znalazł się kró...klient, umiejący docenić talenty właścicielki "Zielonych Wzgórz"...smukła pulchność paluszków z czułością jakowąś niepomierną przebiegała niesforność pukli gładząc, szarpiąc, tuląc w nagłych porywach kołtunki kosmyków do poobgryzanych poznokietków...jedna dłoń obdarzała motylą pieszczotą przebaczenia po to, by druga mogłaq ciąć, ciąć, ciąć... Z niezełganą dumą przyjrzała się z oddalenia swemu dziełu: - Szanowny pan jest tera bardzo trendy - oczekiwała na niewątpliwie należną pochwałę, gdy tymczasem... - Zawsze jestem trendy. Taki mój target - raczył wykrztusić, wyniośle unosząc swe, ograniczoną aktualnym upostaciowieniem postrzyżyn, czoło. - Ile się należy? - obcesowość pytania zmroziła wiosenną pstrość niematerialnie zielonych myśli Ani, ale... - Dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć, jeśli łaska. Wyniosły pan z krowimi referencjami niedbałym gestem podał Ani banknot. Nie, nie banknot to był, jeno kartonik - karta kredytowa zalśniła słońcem złotopłynnie. - Ale ja...bo ja...nie mam czytnika...ani nawet kasy fiskalnej - spojówki przepełnione bólem autoterapeutycznie przerwały tamę zawstydzonych powiek. Zdziwienie klienta widać sięgnęło dna jego zrozumienia praw ekonomicznych, panujących w dzielnicy Kres Zapomnienia: - Bez czytnika? W tych czasach? Niemożliwe... - No bo ja jeszcze...na dorobku - Ania tłumacząca się? Ania przepraszająca? Ania praktykantka? Ania bolejąca? Nieznajomy marsowo zadumamym obliczem zaproponował: - Skredytujesz mnie? A czy miała wybór? Poparzony, ogolony do gołej skóry, sam z krowami na sam... - Nie ma sprawy. Dobrej zabawy!...to jest...dojenia. ******** Kap, kap, kap...łzy Ani niewątpliwie dodawały specyficznie korzennego posmaczku przygotowywanej potrawie: KOMPOT Z SUSZU WEDŁUG ANII Z ZIELONEGO WZGÓRZA: 200 g suszonych owoców, osobno 200 g suszonych śliwek, kawałek skórki cytrynowej, kawałek kory cynamonu, kilka goździków, cukier do smaku, ewentualnie sok z cytryny. Gotować owoce i korzenie z woda na małym ogniu, aż owoce zmiękną i oddadzą część smaku wywarowi. Doprawić do smaku cukrem, ewentualnie sokiem z cytryny i paczką proszku do pieczenia dr Oetkera. Łkała, chlipiąc zawodząco nad grubościennym garnkiem. A jeszcze to zamiatanie... Dwa pukle tęczowych, bliźniaczopochodnych kosmyków przypominały o niedawnej wizycie nieznajomego. Kompot dojrzewał a Ania...no cóż - tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, zawsze zamykała drzwi swego małoopłacalnego przediębiorstwa z jednoosobową odpowiedzialnością. Ostatni promyk zachodzącego słońca żegnał te jakże proste (dla niego) troski dziewczęcia. słoneczko, słoneczko cóżem uczyniła że nawet ty warczysz strasząc głupią zimą? Czas zmienić biznes plan lub dzielnicę - nareszcie zajarzyła...cicho, sza...tylko nie zapesz...Ania. ******* ps: dzielnica Kres Zapomnienia stała się nagle cooltową i przeżywa renesans zmierzchłego boomu gospodarczego. pps: Ania przetrwała. Nie dość, że rozwinęła swą dotyczczasową działalność, tuż obok wydzierżawiła punkt małej gastronomii. A oprócz tego udziela się w sezonowym centrum doraźnej pomocy dla zwierząt futerkowych, zagrożonych mroźną zimą - czasami gryzą, lecz...takie są koszty... ... uzyskania przychodu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: P. Re: Picie w Święta, czyli... IP: *.proxy.aol.com 10.01.04, 04:29 Chciałbym zaznaczyć, że pisarska amatorszczyzna należy do innego, specjalnego forum. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: al Re: Picie w Święta IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.12.03, 12:32 Siur! Gorzałeczkę (pod goloneczkę). No i piwko - na okrągło. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Camille Re: Picie w Święta IP: *.SNVACAID.dynamic.covad.net 09.12.03, 23:07 Ja jestem "winowa". Ale w okresie swiatecznym zdarza mi sie jednak robic grzanca / jak slodkie to nie uwazam za wino /lub wypic szklaneczke egg nog z brandy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Krewetka Re: Picie w Święta IP: 213.131.78.* 16.12.03, 16:44 Poniewaz Wigilia jest glownie rybna, wiec oczywiscie dobre wytrawne (lub pol) biale wino. No, nie przy sledziu, to jasne. Sledz bedzie "na sucho"; jakos mi przy Wigilii wodka nie pasuje. Moze gewirztraminer, albo riesling. Na deser odrobina porto tawny. Odpowiedz Link Zgłoś
miltonia Re: Picie w Święta 16.12.03, 21:36 Nie mam specjalnych swiatecznych preferencji akoholowych w swieta. W wigilie jesli juz, to troche bialego wina, w swieta - z rodzina delikatnie koniaczek czy tez wino, ze znajomymi - to jak leci i co tam jest na podoredziu. Odpowiedz Link Zgłoś