Dodaj do ulubionych

I nie było już nikogo - moje koty znikają...

16.12.09, 01:36

Z mojego domostwa znikają koty...

Wiosną przybłąkała się ciężarna kotka, urodziła 4 kocięta i po
miesiącu zniknęła. OK, może porzuciła dzieci/przejechał ją
samochód/wróciła do właścicieli. Dało się to racjonalnie wyjaśnić.

Zostały 4 małe kotki, którymi się zaopiekowaliśmy. Kotki były
nieufne, ale ładnie się wychowywały, urosły, są zdrowe itd. W tym
małym stadku prawdopodobnie była jedna samiczka i 3 panów. Kocica z
czasem okazała się najmniejsza, była coraz bardziej nieufna, chowała
się do szafki na buty, czasem znikała na dzień-dwa. Wczesną jesienią
już nie wróciła. Byliśmy w stanie to przełknąć - może jak
matka poszukała nowego miejsca do urodzenia małych (w tak młodym
wieku?)/wpadła do szamba (akurat było pompowanie. W każdym razie
dało się to jeszcze w miarę ogarnąć.

Ostatnio zniknął trzeci kot - agresyny, nieufny i chyba
największy samiec (ale raczej nie dominował w naszym stadku). Tego
wyjaśnić już nie potrafię.

Dom stoi na przedmieściu, obok przebiega ulica (do której małe koty
nawet nie podchodziły - boją się samochodów). Koty mieszkają w
budynku gospodarczym, śmigają po dachu, są cholernie sprawne. Nie
dają się złapać jak nie chcą. Niedaleko znajdują się małe lasy.

Czy jest możliwe żeby wyrośniętego kota dopadła, np. kuna domowa (była widziana parę razy w okolicy)? Ale:
- czemu nie uszkodziała małych kotów, tylko miałaby atakować teraz?
- czy kot by się jednak nie obronił?
- nie ma żadnych śladów ewentualnej zbrodni.

A może te zniknięcia wynikają z jakiejś hierarchii stadnej?
Koty, które zostały, na ten moment wydawały się najbardziej
dominujące. Ten, który zniknął ostatnio, 2 tygodnie temu dość
poważnie walczył z największym kolegą... Ogólnie mają u nas dobrze,
nigdy nie musiały rywalizować o jedzenie czy cokolwiek innego.

Trzecia opcja jaka przychodzi mi do głowy, to złapanie przez człowieka. Tu znów jest ale - one nie dawały się łapać nawet
nam, po paru miesiącach karmienia itd. To typowe dachowce,
wysportowane, zwinne, łaziły po najwyższych drzewach... Nie wydaje
mi się, by ktoś mógł je schwytać.

To są moje 3 hipotezy, które sam pokrótce obalam, kwestionuję. Może
wy macie pomysł co się dzieje z moimi kotami? Pytam poważnie -
zostały 2 i bardzo chciałbym żeby się to już nie zmieniało...
Obserwuj wątek
    • po.prostu.ona Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 10:06
      Wychodzący kot - to kot grający w rosyjską ruletkę. Może stać się
      wszystko - zagryzienie, wpadnięcie pod samochód, otrucie, utopienie.
      Okaleczająca kontuzja, po której kot nie jest w stanie dowlec się do
      domu i umiera gdzieś z głodu. Rozszarpanie przez psa. Skopanie na
      śmierć przez złego człowieka. Piorunująca infekcja - jeśli koty nie
      zostały zaszczepione.
      U mnie na osiedlu znajduje się stadko (obecnie 6 sztuk) wolno
      żyjących kotów. Wszystkie są oswojone przez karmicieli. Było to
      konieczne ze względu na to, że czasem kot choruje i trzeba go złapać
      do badań/leczenia, nie mówiąc już o konieczności sterylizacji.
      Jeśli chcesz utrzymać swoje koty, koniecznie musisz je oswoić. W
      przeciwnym razie nie zdołasz zapewnić im bezpieczeństwa i właściwej
      opieki.
      • mat284 Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 13:26
        Da się je zamknąć w domu i nie protestują, czasem same włażą na
        kolana. Nie są zupełnie dzikie, chociaż nadal pracujemy nad ich
        zdyscyplinowaniem.

        Teren jest jaki jest a koty są typowymi dachowcami - one nigdy nie będą siedzieć grzecznie na kanapie. A jednak inni mają takie
        koty przez lata a mnie zniknęły już 2 (z matką 3, ale to nie był mój
        kot).

        Czy kuna to może być prawdopodobny wariant (koty są duże, zdrowe i
        chyba silne)? Albo wykluczenie ze stada (3 samce razem)?
        • po.prostu.ona Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 14:06
          Z tymi dachowcami to stereotyp. Mam sama takiego, przygarniętego z
          ulicy gdy miał jakieś 3 lata - tak go weterynarz ocenił. Był chory,
          chudy, zabiedzony. Stał się rewelacyjnym lwem kanapowym, choć czasem
          wyje pod drzwiami i głównie on okupuje balkon, niezależnie od
          pogody. Ale wypuszczony na klatkę schodową spieprza do mieszkania na
          najmniejszy nagły odgłos - "wolność" chyba źle mu się kojarzy :-)
          A moja sąsiadka przygarnęła kocicę urodzoną na osiedlu, miała ona
          już ponad rok. Strasznie poszarpał ją jakiś zwierz, była operowana,
          leczona, w tym czasie się oswoiła - i już od 2 lat mieszka w bloku
          na 5 piętrze. Bardzo grzeczna, kuwetkowa - choć na początku swego
          życia była typową dziką dziczą, nie było mowy by ją choć pogłaskać.
          A w temacie wątku:
          Kuna może zabijać młode koty - ale raczej maluchy, jak najbardziej.
          Mogą też to robić sowy. U nas był taki przypadek - zaatakowania
          kociaka przez sowę i porwania go. Starsze koty - takie roczne - już
          są trudniejszym łupem. Z pewnością zauważyłbyś okaleczenia - ślady
          pogryzień. Podejrzewałabym raczej celowe działanie człowieka. Może w
          okolicy macie łowcę kotów na skórki? Niestety, wśród całkiem sporej
          części naszego społeczeństwa funkcjonuje zabobon o leczniczej mocy
          skóry martwego kota i policja co jakiś czas łapie takich handlarzy.
          • mat284 Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 14:43
            Na skórki?! No nie mogę, toż to dzicz jakaś... Naprawdę trudno mi w
            to uwierzyć. Jak bym takiego złapał, to by chyba stracił głupi łeb i
            żadna policja nie byłaby potrzebna...
            • po.prostu.ona Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 14:55
              No niestety, takie rzeczy się zdarzają, choć normalnym ludziom to
              się w głowie nie mieści. Tak samo jak wytapianie smalcu z psów.
              W moim mieście na bazarze policja zwinęła takiego jednego gościa,
              sprzedawał kocie skóry z bagażnika samochodu. Tłumaczył się, że
              skórował koty, które znajdował przejechane, ale wiele skórek nosiło
              ślady postrzału.
              A tu podobna sprawa:
              tiny.pl/hxs3j


      • deszcz.ryb Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 15:31
        Tu się pozwolę nie zgodzić z tobą. Oswojenie nie gwarantuje bezpieczeństwa takiemu "wiejskiemu" kotu. Mój dziadek zawsze miał kota/koty - jak najbardziej oswojone, jednak zdarzało się czasem [raz częściej, raz rzadziej] że nie wracały. Wszystko zależy od sprytu, inteligencji, siły kota; od warunków, w jakich żyje i nawet od zwykłego przypadku.
        • po.prostu.ona Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 16.12.09, 16:41
          Tu nie chodzi o stuprocentowe zapewnienie bezpieczeństwa - bo
          nieszczęście może zdarzyć się zawsze, ale o zminimalizowanie go.
          Kota, który jest oswojony łatwiej złapać do leczenia, czy choćby
          oglądać - zajrzeć do pyska, odrobaczyć, odpchlić - a my to robimy
          nawet naszym wolno żyjącym, czytaj: bezdomnym kotom, które karmimy
          na osiedlu.
          Jeśli kot jest totalnie dziki - nie ma szansy mu pomóc.
          Poza tym kot tzw. wychodzący - niestety z reguły żyje krócej niż kot
          przebywajacy stale w mieszkaniu i czyha na niego znacznie więcej
          niebezpieczeństw, którym nie można zaradzić.
          Oczywiście i w domu może zdarzyć się wypadek, ale to są sporadyczne
          sytuacje lub wina ludzkiej nieodpowiedzialności, typu
          niezabezpieczone okna i balkon.
    • mat284 Wyjaśniło się i... mam problem 16.12.09, 17:18
      Dziś mój ostatnio zaginiony kot wrócił po półtora tygodnia!
      Jego zniknięcie wiązało się chyba jednak z jakimiś konfliktami
      stadnymi. A już dziwnie patrzyłem na sąsiadów... ;-)

      Nie chce jeść razem z pozostałymi kotami. Jak już się spotkały, to
      mój największy kot na niego warczał i chyba chciał się na niego
      rzucić. Znaleziona zguba wyraźnie się go boi, choć wydaje mi się, że
      wiodącą rolę w stadzie ma ten trzeci (je pierwszy a one czekają
      itd). Wszystkie są samcami.

      Co robić?

      Zamknąć zgubę w domu i izolować? Może karcić tego, który mu dokucza?
      Pierwszy raz mam koty i nie wiem jak nimi zarządzać żeby zgodnie
      żyły.
      • plastelinka.czerwona Re: Wyjaśniło się i... mam problem 16.12.09, 17:36
        Zacznij od wykastrowania i zaszczepienia kotów.
      • po.prostu.ona Re: Wyjaśniło się i... mam problem 16.12.09, 17:38
        Ja bym radziła - kastrację. Kot przestanie się włóczyć,
        niewykluczone, że przestaną walczyć między sobą.
        Nie wspomnę już o innych korzyściach - koty nie będą narażone na
        choroby typu białaczka czy FIV, których to nabawiają się w toku walk
        o samicę oraz drogą płciową.
        No i kocury nie będą zwiększać nadpopulacji.
        Wbrew stereotypom, kastracja nie wpływa negatywnie na psychikę kota.
        W kocie walki się nie mieszaj, koty muszą ustalić hierarchię między
        sobą. Później już będzie OK.
        U mnie na osiedlu jest dominujący kocur, który je osobno, w pewnej
        odległości od stada i zawsze musi dostać michę pierwszy - bo inaczej
        nie da zjeść pozostałym.
        Jest też seniorka - oustsiderka, ona także je osobno, ale może jeść
        w pobliżu innych kotów, i jest kocia rodzina, matka z dorosłymi
        dziećmi - oni jedzą razem, w zgodzie, choć matka ma pierwszeństwo.
        Gdy pojawi się jakiś kot spoza tej grupy - jest wielkie fuczenie i
        warczenie, ale zazwyczaj obchodzi się bez bójek.
        Całe towarzystwo stałych bywalców jest wysterylizowane.
        W tym jeden, który ma dom, ale właściciele nie bardzo się nim
        zajmują i biega luzem. On bardzo atakował nasze wolno żyjące koty i
        wykastrowaliśmy go na nasz koszt. :-)
        Ewentualnie gdyby "zaginiony" był ewidentną ofiarą, tzn. gdyby inne
        koty agresywnie polowały na niego, próbowały go przepędzać, biły go
        do krwi - wówczas możesz go odizolować, biorąc do domu.
        • mat284 Re: Wyjaśniło się i... mam problem 16.12.09, 21:10
          Dzięki.

          Swoją drogą kastracja brzmi prawie jak odławianie na skórki, ale
          skoro mówicie, że tak trzeba... Co ja im powiem jak już będzie po?
          • mist3 Re: Wyjaśniło się i... mam problem 16.12.09, 21:32
            zapewniam cię że ani kastracja ani sterylizacja to nie jest to samo
            co łapanie na skórki. To zabieg (a w przypadku sterylizacji -
            operacja), która w cywilizowanych krajach jest normalną procedurą
            ograniczającą nadpopulację kotów i psów. Na szczęście coraz więcej
            ludzi w Polsce przekonuje się do tego.
            Wiele osób piszących na tym forum i wszystkie osoby z gazetowego
            kociego zakątka sterylizuje i kastruje swoje koty oraz koty
            podwórkowe, schroniskowe i naprawdę ani one ani ich właściciele z
            tego powodu nie cierpią.
            Wątek z weteserwisu na temat kastracji:
            web.archive.org/web/20060930081053/www.vetserwis.pl/kastracja_kot.html
            I na temat sterylizacji:
            web.archive.org/web/20060930081059/www.vetserwis.pl/sterylizacja_kot.html
            Wątek z innymi kocimi stronami - możesz poczytać opinie ludzi,
            którzy robili te zabiegi i naprawdę mogą coś doradzić:
            forum.gazeta.pl/forum/w,10264,96727789,96727789,Rozne_kocie_fora.html
          • basset2 Re: Wyjaśniło się i... mam problem 17.12.09, 13:23
            mat284 napisał:

            > Dzięki.
            >
            > Swoją drogą kastracja brzmi prawie jak odławianie na skórki, ale
            > skoro mówicie, że tak trzeba... Co ja im powiem jak już będzie po?

            że...
            koniec z włóczęgostwem w poszukiwaniu futrzanych panienek/panów
            koniec z bójkami o panienki,
            koniec z kocią prywatą o terytorium
            itd


            • wladziac Re: Wyjaśniło się i... mam problem 17.12.09, 20:53
              też kiedyś się zamartwiałam co to będzie,jak to będzie z tą sterylizacją/kastracją kotów a teraz się sama z siebie śmieję,życie z kotami wysterylizowanymi/wykastrowanymi jest i dla zwierzęcia i dla opiekuna o niebo lepsze,ja i moje domowe i wolnożyjące którymi się zajmuję żyjemy sobie spokojnie bez rujek,bez bójek i stresu związanego z podawaniem szkodliwych tabletek hormonalnych powodujących ciężkie schorzenia u kotek więc i tak trzeba je poddać zabiegowi,im wcześniej to zrobisz tym lepiej,powodzenia
              • po.prostu.ona Re: Wyjaśniło się i... mam problem 18.12.09, 09:50
                Ja wiem, że dla wielu osób słowo "kastracja" czy "sterylizacja"
                brzmi przerażająco i nasuwa skojarzenia z barbarrzyńskimi
                praktykami.
                Ale dla zwierząt to dobrodziejstwo. Widzę to po kotach z mojego
                osiedla, gdzie jeszcze niedawno wynędzniałe kocice rodziły po dwa
                razy w roku, od trzech do sześciu kociąt każda i wyglądały jak
                cienie - pomimo regularnego dokarmiania. Już nie wspomnę o horrorze
                związanym z ratowaniem kociąt, odławianiem ich, szukaniem domów
                itp. - a bardzo wielu maluchom nie udało się przeżyć mimo naszych
                usilnych starań.
                Kocury biegały pogryzione, wystrzępione uszy, nierzadko utrata oka -
                bo jak w wyniku kociej bójki doszło do urazu i wdała się infekcja,
                to niestety w przypadku dzikiego dzika - było po oku.
                Już nie mówię o kocich wrzaskach po nocy i śpiewach rujkowych -
                przysparzało to kotom wielu wrogów, a karmicielom nieprzyjemności.
                Teraz, gdy całe kocie stado jest wysterylizowane - mamy święty
                spokój, stałą liczbę kotów, które zdecydowanie bardziej otworzyły
                się na człowieka, kocice wreszcie nabrały ciała i cieszą się życiem -
                widać to jak bawią się na trawnikach, jak małe koty - a to
                paroletnie damy. Kocury przestały się bić do krwi, trzymają się
                jednego terenu, obce koty nie przychodzą, bo nie ma rujkujących
                kocic.
                Przy tym nie straciły cech łowców - tępią szczury, wbrew obawom
                osób, które miały nam za złe akcję kastracyjną.
    • uniwersytet_wiedzy Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 23.01.17, 01:42
      Jeżeli były to nie sterylizowane kocury to niestety zabiłaś czy zabiłeś je z niewiedzy, takiego kota jeżeli dopadnie inny samiec (kocur) niestety zabije jak każdą inną ofiarę. Takie są zwyczaje kotów.
      Jeżeli ten zaginiony kot zbliżał się do około 12 miesiąca życia albo będzie musiał zabić rywala albo rywal zabije jego tak jest i będzie.
      Prostym rozwiązaniem jest kastracja. Rozwiązuje wszystkie problemy.
      Koty intensywnie zabijają się na wzajem.
      Najbrutalniej to pojawia się na wiosnę.
      Samiec czasami zabija też samice co jest dla mnie nie zrozumiałe.


      • mira2468 Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 30.04.19, 19:02
        Gorszych bredni nie czytalam hahaha koty zabijaja sie na wzajem czlowieku nie masz zielonego pojecia o kotach a sie wypowiadasz
        • peagnieszka Re: I nie było już nikogo - moje koty znikają... 07.05.19, 13:33
          Też mnie zdziwiła ta wypowiedź. Mam swoje koty i dokarmianie stadko. Zniecierpliwością czekam na kastrację kota (ma problem z nerkami, więc trzeba zaczekać, aż się polepszy). Na kastrację i sterylizację tego dokarmianego stadka na razie nie mam kasy, ale będę się nimi zajmować po kolei w miarę możliwości.
          W każdym razie mój kot walczył mocno z dokarmianym kocurem, ale w życiu nie oceniałabym, że któryś jest w stanie zabić drugiego...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka