wratislavia
09.06.08, 17:33
Otóż sprawa wygląda tak:
Mój kot jest leczony przez onkologa, w zeszły piątek i sobotę dostał pierwsza dawkę chemioterapii. Bardzo źle ją znosi: wymioty i biegunka praktycznie non stop, zero jedzenia. Poza tym gorączka i chudnięcie praktycznie w oczach.
Nie ukrywam, zrozpaczona, pojechałam w nocy do kliniki całodobowej w sytuacji kiedy kot praktycznie robił pod siebie i wymiotował co 10 minut. Próbowałam się skontaktować z onkologiem, ale nie odbierał (może przez tę nieszczesną piłkę). Pojechałam zatem o 12 w nocy do kliniki, zgodnie z kartą, którą dostałam od onkologa, gdzie były wyszczególnione podane w trakcie terapii leki oraz możliwe powikłania oraz sposób postępowania z nimi, podano mu przeciwwymiotny Metoclopramid i płyn Ringera. Miałam przy sobie wszystkie badania oraz wszystkie wyniki od onkologa.
Po moim powrocie do domu zatelefonował onkolog i po mojej relacji na temat stanu zwierzęcia (wymioty nie przeszły), zatelefonował z powrotem do tej całodobowej i poprosił o podanie innych leków: No-spy, Cerenii, Ceporexu i jeszcze nawodnienie Ringerem. Wróciłam tam, kot dostał to wszystko, zapłaciłam oczywiście za dwie wizyty w odstępie półgodziny ale nie o kasę absolutnie chodzi (przynajmniej mi).
Rano zatelefonowałam do onkologa z pytaniem co dalej i odrzekł, że skoro powyższy zestaw zadziałał utrzymujemy dalej ten tryb leczenia (a właściwie walki z efektami chemii). Wróciłam zatem koło południa do całodobowej, gdzie jednak ta sama lekarka, która przyjęła mnie w nocy i podała wszystkie leki, wraz z kolegą stwierdzili, że "nie będą leczyli przez telefon" i odmawiają podania leków. Tych samych podkreślę raz jeszcze, które kilka godzin wcześniej zostały w tej samej klinice podane. "Poradzili" mi, żebym pojechała do tegoż onkologa, a na argument, że nie przyjmuje w tych godzinach a później są do niego koszmarne kolejki, odrzekli, że "nie mogą" go leczyć, bo jest leczony onkologicznie i tylko onkolog może mu cokolwiek ordynować. Zaznaczę, iż tenże onkolog dzwonił do nich i podawał, jakie leki zaleca.
Teraz pytanie: czy to było etyczne odmówić pomocy zwierzęciu, które ewidentnie cierpi i odsyłanie mnie do kolejnej podróży po mieście, stania w kolejce (bo ta lecznica gdzie przyjmuje tenże onkolog oblegana jest), żeby dostać lek przeciwwymiotny, rozkurczowy i kroplówkę? A może to była frustracja zawodowa, która wyprodukowała "niechęć" do onkologicznej sławy, która "śmie" im wydawać dyspozycje przez telefon?
Może jest tu jakiś lekarz, który pomoże mi wyrobić sobie zdanie o tych lekarzach (choć subiektywnie bedę tę klinikę i lekarzy odradzać każdemu, któ tylko zapyta). Myślę o jakiejś skardze do Izby Lekarskiej. Czy to ma sens i podstawy?
pozdrawiam
Wratislavia