ciekawe artykuły 2

05.11.07, 16:34
kontynuacja wątku
"ciekawe artykuły":
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=29985663&a=29985663
    • wladca_pierscienii polskie groby na Łużycach 05.11.07, 16:34
      Tygodnik Powszechny: Joachim Trenkner
      wiadomosci.onet.pl/1448185,1292,orly_pod_piaskownica,kioskart.html

      Orły pod piaskownicą
      Wokół Budziszyna nadal znajdowane są szczątki Polaków poległych w
      ostatnich dniach wojny
      Był październikowy ranek, gdy na plac zabaw przedszkola we wsi Sdier
      wjechała koparka. Miała wykonać dół pod nową, większą piaskownicę.
      Szybko przerwała pracę: wraz z kolejnymi partiami ziemi na
      powierzchnię wydobyto hełm, granaty i szkielet.

      Najpierw wezwano saperów. A potem do akcji wkroczył Guntram Berndt.
      Gdy wydobyto już wszystkie szczątki, Berndt i jego ludzie mogli
      stwierdzić, że kości należą do dziesięciu osób: dziewięciu mężczyzn
      i kobiety.

      Początkowo sądzili, że to żołnierze Armii Czerwonej. Tak sugerowało
      uzbrojenie: granaty zawieszone jeszcze u pasów, broń. Byłoby to więc
      kolejne „rutynowe” znalezisko, jakimi zajmowali się w ostatnich
      latach, gdy podczas prac budowlanych, zwłaszcza wokół Berlina,
      często odkrywano szczątki żołnierzy niemieckich i sowieckich
      poległych w 1945 r.

      Kiedy jednak zaczęli segregować przedmioty znalezione przy zmarłych –
      łyżki, okulary, scyzoryk, zapalniczka, mały flakonik (wyposażenie
      sanitariuszki, a może na kobiece perfumy?) – ze zbutwiałych resztek,
      które kiedyś mogły być wojskową czapką, wypadł metalowy orzełek.
      Dziwny, bez korony, w niczym nieprzypominający współczesnego godła
      Polski. Ale orzeł.

      O polskich żołnierzy Guntram Berndt nie troszczył się jeszcze nigdy,
      choć ekshumacjami zajmuje się od kilku lat. To znaczy od chwili, gdy
      w 2002 r. wraz z przyjaciółmi założył „Verein zur Klärung von
      Schicksalen Vermisster und Gefallener”. Pod tą rozwlekłą nazwą kryje
      się stowarzyszenie zrzeszające zapaleńców, którzy, działając
      społecznie, próbują wyjaśniać losy poległych podczas II wojny
      światowej, których szkielety ciągle jeszcze znajduje się po polach i
      lasach Niemiec. Oddają także tym szczątkom ostatnią posługę w
      postaci godnego przeniesienia ich na cmentarz.

      Gdy firma budowlana zgłasza, że na dawnym polu bitwy znalazła
      szkielety, prócz saperów na miejsce stara się dotrzeć ktoś z 75
      członków stowarzyszenia Guntrama Berndta. Nie tylko, by pomagać w
      ekshumacji, ale także, by zidentyfikować zwłoki – o ile to możliwe.

      Nie jest to sztuka dla sztuki: z ośmiu milionów żołnierzy
      Wehrmachtu, którzy zginęli w latach 1939-45, ciągle około miliona
      uznawanych jest za zaginionych. Ciągle też żyją ich rodziny, które,
      bywało, przez lata łudziły się, że ojciec czy mąż nie poległ w
      przysypanym ziemią okopie, lecz trafił do niewoli, żyje i może
      wróci. A gdy nie było już nadziei, zostawało choć pragnienie
      uzyskania pewności: gdzie zginął, gdzie został pochowany?

      Dlatego Berndt i jego ludzie wiozą ze sobą nie tylko małe metalowe
      trumny (zmieszczą się w nich kości dorosłego człowieka), ale także
      detektory do wykrywania metalu. Oraz szczotki, którymi pieczołowicie
      oczyszczą z ziemi to, co znaleziono przy zwłokach.

      Sdier to niewielka wieś, właściwie przysiółek należący do gminy
      Grossdubrau, na północny wschód od Budziszyna – niedaleko granicy
      polsko-niemieckiej. W ostatnich dniach II wojny światowej w okolicy
      tej trwały krwawe walki: gdy po przekroczeniu Nysy w połowie
      kwietnia 1945 r. wojska 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Koniewa
      ruszyły dalej na zachód, od południa uderzyło w nie zgrupowanie
      feldmarszałka Ferdinanda Schörnera.

      Ten fanatyczny nazista, dysponujący jeszcze świeżymi dywizjami,
      postanowił iść na odsiecz Hitlerowi – i przebić się do Berlina. W
      okolicach Budziszyna wojska Schörnera starły się z dywizjami 2.
      Armii Wojska Polskiego, wchodzącej w skład zgrupowania Koniewa.

      Polscy żołnierze, w większości niedoświadczeni, a przede wszystkim
      fatalnie dowodzeni przez gen. Karola Świerczewskiego (alkoholika,
      któremu w Armii Czerwonej, gdzie wcześniej służył, odebrano
      dowództwo dywizji za nieudolność), wymieszali się z oddziałami
      niemieckimi. Ludzie Schörnera często nie brali jeńców; wymordowali
      kilkuset rannych Polaków w zdobytym szpitalu polowym.

      W czasach PRL-u bitwę pod Budziszynem przedstawiano oficjalnie jako
      zmaganie krwawe, ale zwycięskie. Przemilczana prawda była taka, że
      sytuację uratowały posiłki radzieckie, które Koniew rzucił na pomoc
      Świerczewskiemu. Inaczej doszłoby do masakry.

      Ale i tak straty były ogromne: z 90 tys. swych żołnierzy 2. Armia
      straciła 10 tys. (dla porównania, bitwa o Monte Cassino kosztowała
      tysiąc zabitych). Z tej liczby za poległych uznano 7 tys. Ciał
      pozostałych, czyli blisko 3 tys., po bitwie nie odnaleziono i do
      dziś figurują jako zaginieni.

      Pod Grossdubrau między 21 a 26 kwietnia 1945 r. walczyli żołnierze
      polskiej 5. Dywizji Piechoty – ich to szkielety znajdowały się przez
      62 lata pod przedszkolną piaskownicą.

      Inna sprawa, że – jak wspominają dziś starsi mieszkańcy Grossdubrau –
      ciał poległych nie szukano wtedy zbyt dokładnie. Po bitwie wojska
      pociągnęły dalej na zachód. Na polach wokół wsi pozostały dziesiątki
      spalonych czołgów. Przez kolejne miesiące ludzie znajdywali tu i
      ówdzie zwłoki Polaków. Podobno, tak twierdzi 84--letni Walter Pohlan
      z Grossdubrau, sprawujący władzę w swojej strefie okupacyjnej
      Sowieci nie przejmowali się specjalnie. – Bywało, że ciała wrzucano
      po prostu do rowów i przysypywano ziemią – wspomina Pohlan.

      Przy szkieletach pod piaskownicą w Grossdubrau odnaleziono broń i
      amunicję. Być może zginęli w walce, a potem ich stanowisko (okop?)
      przysypała ziemia. Przy wszystkich szczątkach odnaleziono też
      polskie symbole: prócz orzełków bez korony – jakie nosili na
      czapkach żołnierze polskiego wojska walczącego u boku Armii
      Czerwonej – także guziki z orzełkami, również tymi „ludowymi”.
      Brakowało natomiast identyfikatorów. – Ustalenie z nazwiska, kim
      byli zmarli, byłoby bardzo trudne – mówi Guntram Berndt w rozmowie
      z „Tygodnikiem”.

      Berndt, rocznik 1958, urodził się w nadodrzańskim miasteczku Guben,
      przy ówczesnej granicy z Polską. Syn oficera armii NRD-owskiej, w
      1980 r. uciekł do Niemiec Zachodnich. Dziś mieszka w Bremie, ma
      własną firmę.

      Dlaczego w ogóle się w to zaangażował? Wkrótce po zjednoczeniu
      Niemiec Berndt odwiedził po latach rodzinny Guben. Podczas spaceru
      po lesie natknął się przypadkowo na szczątki żołnierza. – Leżał tam,
      gdzie zginął w kwietniu 1945 r., przysypany tylko cienką warstwą
      ziemi – mówi. – Okazał się Austriakiem, ustalono jego nazwisko, bo
      miał tzw. „nieśmiertelnik”. Zainteresowałem się tą historią i
      dowiedziałem się, że w NRD nikogo nie obchodziło poszukiwanie i
      ekshumowanie poległych podczas wojny.

      „Pojednanie nad grobami” – tak Berndt określa sens swej pracy.
      Chciałby, aby dziesięć metalowych trumien trafiło do Polski, na
      cmentarz wojenny. – Na niemieckich cmentarzach, tam gdzie walczyła
      2. Armia, są wprawdzie kwatery polskich żołnierzy, i my, Niemcy, o
      nie dbamy. Ale z Polski prawie nikt ich nie odwiedza. Pewnie mało
      kto w Polsce wie o ich istnieniu. Tymczasem w lasach i na polach w
      okolicach Budziszyna spoczywają nadal szczątki kilku tysięcy
      Polaków. Czekają, aż ktoś je znajdzie i godnie pochowa.

      Czeka też na rozwiązanie zagadka: obok pozbawionych korony
      orzełków „kościuszkowskich” Guntram Berndt odnalazł jednego orzełka
      z koroną (na zdjęciu u góry). Takiego orła nosili na czapkach polscy
      żołnierze w 1939 r. Potem był poszukiwanym dobrem wśród partyzantów
      i powstańców warszawskich z AK: gdy brakowało mundurów, symbolizował
      przynależność do polskiego wojska.

      Jest chyba niemożliwe, by żołnierz Ludowego Wojska Polskiego mógł
      sobie pozwolić na otwarte noszenie orła z koroną. Kim był wi
      • wladca_pierscienii Re: polskie groby na Łużycach 05.11.07, 16:35

        Jest chyba niemożliwe, by żołnierz Ludowego Wojska Polskiego mógł
        sobie pozwolić na otwarte noszenie orła z koroną. Kim był więc
        poległy w Sdier? Byłym AK-owcem? Może nosił na czapce
        orła „kościuszkowskiego”, a w kieszeni – orła z koroną? Czy kiedyś
        się tego dowiemy?

        Współpraca Wojciech Pięciak


        (...)
        ANDRZEJ PRZEWOŹNIK: Jesteśmy już w kontakcie z naszym odpowiednikiem
        niemieckim, Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge, który opiekuje
        się grobami wojennymi. Otrzymaliśmy materiały, także od naszego
        konsulatu w Lipsku, i teraz sprawdzamy, czy możliwe będzie
        zidentyfikowanie poległych. Rozważamy też możliwości ich godnego
        pochówku. Są dwie opcje: w Niemczech lub w Polsce. Skłaniamy się
        raczej do drugiej. Po wojnie na terenie ówczesnej NRD prowadzono
        poszukiwania i ekshumacje żołnierzy polskich, którzy zginęli w 1945
        r. Tych spod Budziszyna ekshumowano i przenoszono do Polski, do
        Zgorzelca. Jest tam wielki cmentarz żołnierzy 2. Armii Wojska
        Polskiego, groby indywidualne i zbiorowe. Pochowano na nim 3392
        żołnierzy, z tego 3347 zidentyfikowanych. Cmentarz otwarto w 1947
        r., a następnie uzupełniano w 1948 r. i później w latach 60.
        Rozmawiałem już z władzami, by znaleźć tam miejsce dla tych
        dziesięciu poległych spod Budziszyna. Ale ostateczna decyzja o
        miejscu pochówku jeszcze nie zapadła.

        Czy ten przypadek nie pokazuje, że nadal warto szukać? Po tamtej
        bitwie za zaginionych uznano aż 3 tys. żołnierzy, którzy najpewniej
        polegli, ale zwłok nie znaleziono.

        To część szerszego problemu, dotyczącego grobów polskich żołnierzy,
        a także innych grobów Polaków-ofiar wojny, np. robotników
        przymusowych czy więźniów obozów koncentracyjnych na terenie dawnej
        NRD. Okazuje się, że wiele tych miejsc w ogóle nie było odkrytych
        ani urządzonych czy objętych opieką. To się dzieje dopiero teraz. I
        dopiero teraz dowiadujemy się o wielu miejscach, sami też próbujemy
        szukać. Rozmawiamy z naszymi niemieckimi partnerami, mamy obietnicę,
        że otrzymamy wkrótce dokumentację miejsc, które zostały
        zlokalizowane i zidentyfikowane na terenie dawnej NRD.

        (...)
        Rozmawiała Patrycja Bukalska
        • aardwolf Re: polskie groby na Łużycach 29.02.08, 21:34
          Czy Niemcy rzeczywiście szli na odsiecz Berlina czy po prostu chcieli się poddać
          Amerykanom?
          Bitwa ta dla mnie jest dość ważna bo walczyła tam mój dziadek (w dwa tygodnie
          awansował o kilka stopni po jego zwierzchnicy zginęli).
    • wladca_pierscienii artykuł Konzentrationslager Warschau 16.11.07, 08:55
      POLITYKA
      wiadomosci.onet.pl/1451425,1292,smierc_w_warschau,kioskart.html

      Śmierć w Warschau
      Ta książka ma nietypowy rodowód
      Zazwyczaj historyk wpada na pomysł, zbiera materiały i pisze pracę,
      która czasami wzbudza dyskusję. Tym razem było odwrotnie - spór
      doprowadził do powstania książki.
      Trochę historii. W październiku 1942 r. Himmler wydał dyrektywę
      nakazującą, by wobec likwidowania gett zakładać małe obozy
      koncentracyjne, będące rezerwuarem żydowskiej siły roboczej dla
      przemysłu obronnego. Rozwój sytuacji w getcie warszawskim (zbrojny
      opór, zniszczenie tej części miasta) spowodował, że utworzony w
      lecie na ul. Gęsiej (stąd Gęsiówka) obóz miał inny cel – wyburzanie
      ruin getta i wykorzystanie ich jako źródła surowców, od materiałów
      budowlanych po złoto czy dewizy. Żeby utrudnić ewentualne kontakty
      więźniów z mieszkańcami Warszawy – obóz leżał przecież w jej
      centrum – większość przetrzymywanych w KL Warschau Żydów pochodziła
      spoza Polski (m.in. z Grecji i Holandii).

      Warunki panujące na Gęsiówce nie odbiegały od standardów panujących
      w większości tego typu placówek od Francji po Rosję – głód, zimno,
      mordercza praca, bicie, poniżanie, śmierć za najmniejsze
      przewinienie (albo i bez niego). Liczbę ofiar – łącznie z
      rozstrzelanymi na trenie obozu i w jego pobliżu Polakami – ocenia
      się na 20 tys. Większość więźniów wysłano w końcu lipca marszem
      śmierci do Kutna, skąd przewiezieni zostali do obozu w Dachau.
      Niezdolnych do ewakuacji rozstrzelano, a kilkuset pozostawionych
      przy życiu uwolnili 5 sierpnia 1944 r. żołnierze batalionu Zośka
      (POLITYKA 31/03).

      Z całej historii KL Warschau właśnie ten czyn wrył się najgłębiej w
      polską świadomość zbiorową. W każdym albumie o Powstaniu Warszawskim
      można znaleźć zdjęcia dumnych powstańców i uszczęśliwionych byłych
      więźniów, jeszcze w pasiakach. Jedyną formą upamiętnienia obozu jest
      odsłonięta 5 sierpnia 1994 r. tablica, poświęcona uwolnieniu
      więźniów Gęsiówki. Co charakterystyczne, powszechnie używano tej
      właśnie nazwy, oficjalną – Konzentrationslager Warschau – jakby
      pomijając. Powodami tej swoistej amnezji był zarówno fakt
      wykorzystywania obozu aż do 1956 r. przez władze polskie (początkowo
      przetrzymywano tu jeńców niemieckich, od końca lat 40. Polaków), jak
      i to, że wojennymi ofiarami kacetu byli przede wszystkim Żydzi, co
      przez lata nie pasowało do oficjalnej polityki historycznej,
      ukazującej przede wszystkim polskie ofiary.

      Nie oznacza to jednak, że o obozie i popełnionych w nim zbrodniach
      zapomniano. Postępowanie w tej sprawie toczyło się w kilku etapach –
      w latach 40., 70., 80. (prowadzone przez Główną Komisję Badania
      Zbrodni Hitlerowskich w Polsce) i następnie od 2002 r., już przez
      IPN. Śledztwo toczone w latach 70. i 80. nadzorowała sędzia Maria
      Trzcińska. Dzięki jej uporowi i zaangażowaniu dokumenty dotyczące
      obozu mieszczą się teraz w kilkudziesięciu opasłych tekach. To
      sędzia Trzcińska zawierzyła pojawiającym się od 1988 r. w zeznaniach
      informacjom o innych warszawskich obozach (m.in. na Kole) oraz o
      komorze gazowej w tunelu koło Dworca Zachodniego, w której miało
      zginąć nawet 200 tys. osób, przede wszystkim Polaków. To zaś dałoby
      podstawę do twierdzenia, że w stolicy był obóz zagłady taki sam jak
      Auschwitz czy Treblinka.

      Mimo ocen autorytetów (m.in. prof. Bartoszewskiego), podających w
      wątpliwość istnienie obozu zagłady w Warszawie, sprawa tliła się
      przez lata 90., wybuchając wraz ze sformalizowaniem się grupy
      zwolenników tej koncepcji (m.in. Trzcińska, Władysław Terlecki) i
      powołaniem w marcu 2000 r. Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu
      Zagłady KL Warschau (POLITYKA 34/01). W 2002 r. IPN wznowił
      przesłuchania świadków w tej sprawie, a w 2006 r. prezes IPN powołał
      zespół badawczy (zapraszając do udziału m.in. Trzcińską), mający
      ostatecznie rozwiać wątpliwości wokół KL Warschau. Wyniki na tyle
      odbiegały od ustaleń sędzi Trzcińskiej, że zgłosiła votum separatum,
      publikując swój raport osobno. Co ustalono – i co okazało się nie do
      przyjęcia dla zwolenników tezy o istnieniu w Warszawie obozu
      zagłady – przedstawił pracownik naukowy IPN dr Bogusław Kopka w
      pracy „Konzentrationslager Warschau. Historia i następstwa” (IPN,
      Warszawa 2007 r.). Książka zawiera obszerny wstęp, prezentujący
      dzieje obozu i toczących się wokół niego dyskusji, 169 dokumentów
      (przede wszystkim protokoły przesłuchań, od 1945 r. do 2005 r.) oraz
      obszerny aneks ikonograficzny.
      (...)
    • wladca_pierscienii artykuł Finlandia 1808 a 1939 29.02.08, 15:39
      wiadomosci.onet.pl/1472467,1292,kioskart.html
      WIEDOMOSTI Siergiej Iwanow/08:00

      Mitologia obronna
      W XIX wieku Rosja podbiła Finlandię bez trudu, a w półtora wieku
      później – nie dała rady
      Co zatrzymało sowieckie imperium? Poemat.
      To było niemal równo 200 lat temu. "Dziś o godzinie piątej rano
      znaczna grupa sił rosyjskich przekroczyła granicę w pobliżu
      Abborfors. Dowiadujemy się także, że zagon kozacki wtargnął na nasze
      terytorium na wysokości Koroinen, w pobliżu Turku i zbliża się do
      naszych oddziałów" – meldował w Sztokholmie major Nylandzkiego pułku
      dragonów Gustaw Amkihl. Tak rozpoczęła się wojna rosyjsko-szwedzka 9
      lutego (21-go, według powszechnego już na Zachodzie kalendarza
      gregoriańskiego) w roku 1808.

      Trudno powiedzieć, w jaki sposób w głowach moich rosyjskich
      współobywateli tak silnie utrwaliło się przekonanie, że Rosja nigdy
      na nikogo nie napadała, nie dążyła do rozszerzenia swej strefy
      wpływów, w wojny zaś angażowała się wyłącznie z tą intencją by
      ochronić kogoś-tam od czegoś-tam, przy czym nieodmiennie okazywało
      się, że przelewa krew w obronie cudzych interesów i nie swojej
      sprawy. Nie sposób zgadnąć, jak przy takim altruizmie udało jej się
      osiągnąć obecne rozmiary.

      Nie, sprawy wyglądały zgoła inaczej, a nowożytny rosyjski
      imperializm był równie pełen samozadowolenia (by nie rzec –
      bezwstydny), co jego zachodnie odpowiedniki. Co nie znaczy, że
      jawność była w szczególnej cenie: car Piotr I zgodził się na
      oficjalne wypowiedzenie wojny Szwecji i poinformowanie o niej
      poddanych dopiero pod koniec marca 1808 roku.

      Ofensywa rozwijała się z początku niczym czerwony dywan pod stopami
      triumfatora. Rosjanie zdołali opanować niemal wszystkie ziemie
      fińskie. W miarę jednak, jak dni stawały się dłuższe i cieplejsze,
      natarcie zwolniło, w miejsce zwycięstw coraz częściej zdarzały się
      porażki.

      W takich okolicznościach nabrał znaczenia początkowo całkowicie
      lekceważony dotąd czynnik: nastroje Finów, o których wszak toczyła
      się wojna.

      Głównodowodzący siłami rosyjskimi generał Buxhovden zaczął wydawać
      kolejne proklamacje (nota bene, ukazywały się wyłącznie po
      szwedzku), pouczając o dobrej woli cara, o jego pragnieniu
      zachowania wszelkich dotychczasowych swobód i przywilejów, o
      poszanowaniu świętego prawa własności, wolności wyznania, i
      podobnych wartości, nie zawsze szanowanych w wirze wojen
      napoleońskich. Nie wszystkich to przekonało: partyzantka na
      rosyjskich tyłach szarpała gdzieniegdzie kurierów i linie
      zaopatrzeniowe, ale większość mieszkańców "kraju tysiąca jezior" nie
      identyfikowała się zbytnio z żadną ze stron konfliktu.

      Jeszcze trochę starań, i w 1809 roku Imperium Rosyjskie zdołało
      całkowicie podporządkować sobie Finlandię, kolejny arktyczny klejnot
      w koronie Cara Północy.

      Towarzysz Stalin bez wątpienia miał w pamięci sukcesy Buxhovdena,
      kiedy planował własną małą, zwycięską wojenkę jesienią 1939 roku.
      Wątpliwe, czy zdecydowałby się rozpocząć działania zaczepne u progu
      zimy, gdyby nie pamięć antyszwedzkiego blitzkriegu z początku XIX
      wieku. Uznał jednak najwyraźniej, że status Imperium zyskuje się na
      zawsze. Ale nie wziął pod uwagę, że w 1939 roku fińskie postrzeganie
      nawały z południa było zupełnie inne, niż półtora wieku wcześniej.

      A wszystko to za sprawą zbiorowej wyobraźni i jej bohaterów. Wzorcem
      i symbolem fińskiego oporu przeciw Sowietom w 1939 roku stał się
      Sven Dufva – bohater wojny 1808 roku, który stał się także bohaterem
      romantycznego i heroicznego poematu Johana Ludviga Runeberga,
      wydanego w 1848.

      A najzabawniejsze, że dla wszystkich trzech – i Svena Dufvy, i
      Runeberga, który go unieśmiertelnił, i dowódcy wojsk fińskich w roku
      1939, marszałka Mannerheima – ojczystym językiem był szwedzki! Czuli
      się jednak Finami, walczyli za Finlandię – i ich doświadczenie
      pozwala nam zrozumieć różnicę między państwem a imperium.

      Rzecz nie w "czystości krwi", tę mają szanse uzyskać co najwyżej
      hodowcy myszy laboratoryjnych. Rzecz w zbiorowych wyobrażeniach, w
      mitologii narodowej, której zaczyn tworzy kilka obrazów, wiersz,
      gest uchwycony na sztychu. Tak niewiele – a wystarczy, żeby
      zatrzymać armię zbrojną w czołgi i samoloty tam, gdzie przed półtora
      wiekiem bez trudu przeszła kozacka szarża.
    • wladca_pierscienii książka Piotr Głuchowski „Pole śmierci” 27.08.17, 12:59
      www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/swiat/alkohol-prostytutki-hiv-t%c4%99-misj%c4%99-polskich-%c5%bco%c5%82nierzy-okry%c5%82a-zmowa-milczenia/ar-AAqJxIE?ocid=spartandhp#page=1
      książka Piotr Głuchowski „Pole śmierci”
      polscy "misjonarze" zaatakowani w Kambodży 1993 r.
Pełna wersja