ka-losz
03.09.13, 10:01
Pierwszy półfinałowy mecz Enea Ekstraligi pomiędzy Unibaksem Toruń a Dospelem Włókniarz Częstochowa dostarczył wiele kontrowersji. Więcej niż o wygranej 49:41 gospodarzy mówiło się o wypadku, w którym kontuzji doznał Emil Sajfutdinow
Działacze i zawodnicy z Częstochowy mają pretensje do sędziego Wojciecha Grodzkiego, który ich zdaniem podjął dwie krzywdzące ich zespół decyzje. Pierwsza dotyczyła drugiego biegu, w którym upadł Artur Czaja. Na drugim łuku przy krawężniku juniora Dospelu Włókniarza zaatakował Paweł Przedpełski. Torunianin znalazł miejsce na wewnętrznej części toru. Zawodnik Unibaksu zdołał wyprzedzić rywala, ale przy okazji zahaczył deflektorem o przednie koło Czai. W tym momencie Przedpełski był już z przodu. Żużlowiec z Częstochowy w tym momencie zdołał wyłamać motocykl, ale chwilę później upadł na tor. Grodzki uznał, że Czaja mógł kontynuować jazdę i zapoznał się z nawierzchnią z własnej winy. Kontakt między zawodnikami był, a to oznacza... że wykluczony powinien być Przedpełski. Jednak arbiter w tym przypadku miał rację. Między żużlowcami często dochodzi do kontaktu na torze i żaden z nich nie upada. W tym przypadku Czaja mógł kontynuować jazdę i uniknąć wypadku. Junior gości odszedł zbyt daleko od krawężnika i wykorzystał to Przedpełski.
Czy rzeczywiście goście mają uzasadnione pretensje do Grodzkiego? Na pewno niejeden arbiter w tej sytuacji wykluczyłby zawodnika z Torunia. Jednak w tym sezonie podobnych sytuacji na torze było mnóstwo. Co ciekawe, sędziowie raz wykluczali zawodnika, który upadł, a raz, który ostro zaatakował. Dlatego, jeśli ktoś może mieć pretensje w tym przypadku, to jedynie do obowiązujących przepisów. Sędziowie w żużlu nie stanowią monolitu. W bliźniaczo podobnych sytuacjach podejmują odmienne decyzje. Potem dziwią się, że działacze jednej z drużyn mają wielkie pretensje.
W przypadku upadku Czai wydaje się, że wykluczenie jednego lub drugiego zawodnika spowodowałoby pretensje jednej ze stron. Wydaje się jednak, że młodzieżowiec Dospelu Włókniarza mógł odejść na zewnętrzną część toru i jechać dalej, zwłaszcza że na prowadzeniu znajdował się jego klubowy kolega Adam Strzelec.
Znacznie więcej dramaturgii dostarczył wyścig siódmy. Na drugim łuku pierwszego okrążenia Emil Sajfutdinow próbował wyprzedzić przy płocie prowadzącego Adriana Miedzińskiego. Zawodnik z Torunia poszerzył swój tor jazdy, co zawodnicy stosują bardzo często, aby utrudnić skuteczną akcję rywalowi. Rosjanin był bardzo szybki i koniecznie chciał się zmieścić między rywalem a bandą. Nie udało się - zahaczył hakiem o siatkę na prostej i doszło do koszmarnie wyglądającego karambolu. Sajfutdinow upadł na tor, a później przejechał po nim jadący z tyłu Kamil Brzozowski.
Sędzia po obejrzeniu kilku powtórek uznał, że winowajcą przerwania wyścigu był Rosjanin. To rozwścieczyło trenera Częstochowian Grzegorza Dzikowskiego. Były żużlowiec wręcz krzyczał w parkingu i jego zdaniem było to chamskie zachowanie Miedzińskiego, który wpakował w bandę jego zawodnika. Znacznie inaczej cała tę sytuację widział Tomasz Gollob. - Podczas meczu nie widziałem dokładnie całego zajścia. Dopiero kiedy obejrzałem w telewizji, to widzę, że Adrian jechał z przodu swoim torem. Emil niepotrzebnie ryzykował i pchał się na siłę między zawodnika a bandę. Nie mówię tego tylko dlatego, że Miedziński jeździ w tej samej drużynie, co ja. Mówię obiektywnie, tak jak było - stwierdził Tomasz Gollob. Były jeszcze trzy okrążenia i Emil miałby możliwość na kolejny atak, który byłby mniej ryzykowny. Jest mi przykro, bo dla Sajfutdinowa może oznaczać to koniec sezonu i nie będzie miał szans na wywalczenie tytułu mistrza świata - dodał Gollob.
Podobnego zdania jest były żużlowiec, obecnie komentator Krzysztof Cegielski. - Adrian pojechał ostro, ale to było spowodowane jego wcześniejszym biegiem, kiedy tak samo potraktował go Grigorij Łaguta. Emil niepotrzebnie się pchał, gdzie nie było miejsca. Wielka szkoda, że doszło do takiej sytuacji. Niepotrzebnie w obu zespołach panowały wielkie emocje - stwierdził Cegielski.
Na pewno można zrozumieć rozgoryczenie częstochowian, bo kontuzji doznał ich lider. Jednak po dokładnej analizie całej kraksy na pewno nie ma tam ewidentnej winy Miedzińskiego. W pierwszym biegu sytuacja była niemalże identyczna, gdzie żużlowca z Torunia ostro wywiózł w płot Łaguta. Skończyło się na wtedy tylko na strachu. - Rosjanie mają to do siebie, że jadą na całego. Zwłaszcza Grisza i Emil. Trzeba pamiętać, że wyścig nie kończy się na pierwszym okrążeniu - powiedział Cegielski.
Zawodnik Unibaksu był mocno przejęty całą sytuacją. - Nie chciałem Emilowi zrobić krzywdy. Jechałem z przodu i go nie widziałem. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia, bo to jest najważniejsze - powiedział Miedziński.
Trener Dzikowski dodał jeszcze, że jego zespół jeździł fair, czego nie mógł powiedzieć o gospodarzach. To ja się pytam, w jakim zespole jechał w tym dniu Łaguta. Na pewno upadki, a zwłaszcza ten Emila, nie są potrzebne. Niestety, uniknąć się ich nie dało, ale trzeba obiektywnie powiedzieć, że żadnej złośliwości w tych sytuacjach na torze nie było. - Tak się czasem zdarza. Taki jest żużel. Następnym razem lepiej będzie, kiedy sędzia uspokoi nerwowe poczynania obu drużyn w parkingu - zakończył Cegielski.