Gość: ciekawa
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
16.11.10, 16:21
Jedyna w Polsce rodzina amiszów ma już dość życia pod Warszawą. Sprzedaje ziemię, dom, zwierzęta. I rusza w drogę.
Stoi w polu, tuż przy drodze, wkopany w ziemię Jakuba. Z daleka wygląda jak strach na wróble. Gruby pal drewniany, solidna drewniana tablica przybita w poprzek z napisem "sprzedam". Chodzi o to pole – półtora hektara, o ten kawałek lasu, o dom, który Jakub 15 lat temu sam zbudował. Skromny, choć duży budynek, obity blachą falistą, z oborą dla kilku krów, zagrodą dla kur, ogródkiem, w którym już wszystko, z wyjątkiem paru głów kapusty, dawno zostało zebrane. Martinowie nie ogrodzili swojej działki, bo po co. Jakby ktoś chciał wejść niezauważony i tak przecież to zrobi. Nawet gdyby Jakubowe pole bronił mur, bramy i zasieki. To do Martinów zresztą nie pasuje. I w ogóle nie pasuje do amiszów.
Przed tablicą z napisem o sprzedaży ktoś od czasu do czasu przystanie, zapyta o cenę. Ile to razem może kosztować? 400, 500 tysięcy? Takie są ceny w tym miejscu, 40 kilometrów od centrum Warszawy, w Cezarowie koło Mińska Mazowieckiego. Im dalej od Warszawy, tym taniej. Jakub już jeździł na północ. Niedaleko Ciechanowa znalazł bardzo dobrą ziemię daleko od dużych miast, daleko do najbliższej wsi, na pustkowiu.