umowilam sie dzis ze znajoma i jej corka do lodziarni na kawe.
mysle sobie, lodziarnia to miejsce gdzie pewnie dzieci mile sa
widziane. poza tym w srodku bylo pusto wiec odwazylysmy sie wejsc
do srodka... ale sie pomylilam. ok, moja corka aniolem nie jest i
umie byc czasem niegrzeczna i zlosliwa. podpadla pani za "lada" juz
w momencie gdy poszla sama sobie zamowic loda (ma 3 lata)....
opieprzylam ja, powiedzialam, ze ma siedziec kolo mnie. potem
poczestowala sie cukrem stojacym na stoliku obok(zabronilam jej
tego, skorzystala z okazji i wykorzystala moment gdy szukalam
komory w torebce)-pani na nia warknela. malej chyba sie spodobalo
bo pomknela polizac szybe w oknie (!) myslalam, ze umre ze wstydu.
pani zaczela niemalze krzyczec na mnie i zwrocila sie do mnie z
pytaniem czy wiem ile kosztuje firma myjaca okna? nie
odpowiedzialam, ale niezle mloda opieprzylam. szybko dokonczylysmy
kawe i zaczelysmy sie ubierac bo mialysmy dosyc. w tym momencie
cora na odchodnym nacisnela na jakis guziczek kolo kasy (placilysmy
akurat). kobita wsciekla sie niezle. zapytalam jej czy nie
pomysleli nigdy o tym, zeby zrobic jakis kacik dla dzieci gdzie
maluchy moga sobie porysowac, zajac sie czyms itp. pani warknela,
ze nie, bo malo miejsca i wogole. powiedzialam wtedy glosno do
znajomej, ze jestem w tej kawiarni poraz ostatni. strasznie mi sie
smutno zrobilo. jak pisalam, dziecie aniolem nie jest, ale za
kazdym razem idac gdziekolwiek obawiam sie wlasnie podobnej
reakcji, pilnuje mlodej, ale ja zawsze energia rozpiera i
musialabym ja chyba do stolu przywiazac. u nas w knajpach lepiej
traktowane sa psy anizeli dzieci. na dzieci wszyscy krzywo patrza,
na psy nie. wszyscy zycza sobie zeby bylo wiecej dzieci, ale tez
zycza sobie zeby nie wychodzic z nimi w miejsca publiczne