I kurcze chyba blizej temu niz dalej
Po moich wpisach w temacie kasy rodzinnej, odbylam powazna rozmowe z
mezem... Szlochalam sobie (no jakby litosc chcialam wzbudzic),
poszlochalam, poszlochalam, maz przytulil powiedzial ze rozumie i ze
wlaczy sie w funkcjonowanie domu, rozmowa skonczyla sie bardzi milym
i budujacym seksem.
Juz nastepnego dnia usilowal mnie wmanewrowac w oplacenie zlobka
(jego jedyny obowiazek), ze niby ma to konto internetowe i moge
usiasc i oplacic z jego konta, najezylam sie troszke, zrobilam
podkowke, wiec stanal na wysokosci zadania, cale 135 zl za zlobek
oplacil (to w temacie ile sie doklada do rodziny). Oczywscie
pojechal oplacic bo w internecie on tylko Naruto potrafi ogladac,
ale jak sie wlasne konto obsluguje pojecia zielonego nie ma

No i super, super, super, w sobote pracowal, w niedzie na pol dnia
pojechal tacie lozko do sypilani skrecac (ponoc pomoc, a nie bylo go
z 5,5 godziny). Ja caly weekend sama z mloda

no niby normalne,
jak wrocil jeszcze obiadek dostal.
Ale dzis mnie tak spienil, znowu siedze i Wam sie wypisuje (mam hehe
nie przenosic frustracji na niego bo chlop ma dorastac).
O 9 dzis w zlobku byla impreza z Mikolajem, mala w zlobku nie byla
miesiac bo chorowala, ale mysle sobie aaa niech mikolaja zobaczy
dzieciaczyna na zywo.
Pobudka 6 (ja) dziecie 7. Galopkiem butla, przebieranki itp. zeby
byc na 9 w zlobku malej musze wyjsc kolo 8:30, jezdzimy autobusem
Maz hmmmm wozi tylek samochodem, no bo coz - pracuje na 3 rano

Sniadania dac nie zadazylam ale o 8 wyszlysmy z domu, i mysle sobie
biedne dziecko glodne bedzie bo na sniadanie do zlobka nie zdazymy
(8:15) cale szczescie bylysmy na miejscu 8:30 wiec sie jeszcze na
posilek zalapala.
Odbebnilam impreze z Mikolajem w tancach i plasach, po czym abarot
dzieciaka w wozek i do domu (no kuruje sie jeszcze). Stechana jak
kon dotarlam do domu o 11. Jeszcze zupe wetknelam mlodej, kiedy o
11:30 przyjechal MAZ

Wiec ja do roboty w te pedy...
Mial ja polozyc spac a potem dac drugie danie.
Wiem ile moja mala moze spac, (w dzie max do 14:30, i nie dluzej niz
1,5 godziny bo potem o 20 za diabla spac nie chce).
Wracam z pracy (musialam troche odrobic za tego Mikolaja) o 18:20,
malzonek dziecie mi wrecza do obrobki wieczornej (kolacja, mycie,
leki, usypianie), a on sobie Naruto oglada popijajac piwko

Ja od 6 na nogach, po imprezie, robocie, zakupach, jeszcze znalazlam
w sobie odrobine entuzjazmu dla kolacji z dwulatka

To nic ze on z nia w dzien spal solidnie

Ja mam "wiecej" energii
zyciowej.
I tu kulminacja:
o godzinie 19:30 maz spi.
Oliwka o 20:00 konczy kolacje.
O 20:45 jestesmy gotowe do spania.
O 22:00 myslalam ze mu jaja zgniote mlotkiem do miesa, bo moje
dziecko i spaniu nawet nie myslalo!!!!!!!!!!
Co to oznacza? Ze polozyl ja spac okolo 13, po czym przespali sobie
razem ze 4 godziny!!!!!!!!!!!
A on o 19:30 w nosie maja wszytsko juz spal.
Oliwka po dluuuugich namowach, lulaniu itp. zasnela 22:30!!!!
A jutro rano to ja ja musze z lozka zwlekac, zeby do zlobka leciec
(nie mam z kim zostawic). Nie mowiac o tym ze dla siebie mam teraz
odmierzone 45 minut....
Wygadalam sie i lzej mi, ale ja go kiedys chyba do pionu ustawie, bo
nie wiem na ile czasu dorastania starczy mi sil.
I wogole co byscie w takiej sytuacji zrobily? Jak sie odegrac?