Moja teściowa jest zwolenniczką kulinarnych biesiad, przy czym
wyznaje teorię: "zastaw się, a postaw się". Choć ma skromną
emeryturę, przy każdej większej okazji przygotowuje mnóstwo potraw,
a świętowanie imienin, urodzin itp. polega wyłącznie na siedzeniu
przy stole i konsumowaniu. Teściowa jest z dumna ze swoich
kulinarnych talentów. Niestety, ilość nie idzie w parze z jakością
czy estetyką podania. Potrawy nie smakują nam, naszym dzieciom i
rodzicom, a to my głównie jesteśmy gośćmi. Ponieważ dania wciąż się
powtarzają, wiemy już, jakie niemiłe zaskoczenie spotka nasze kubki
smakowe

Efekt jest taki, że każdy bierze odrobinę, żeby nie
sprawić gospodyni przykrości, ale większość dań zostaje... Ostatnio
otrzymałam sms-a od syna, siedzącego po przeciwnej stronie
stołu: "mamo, czy to jest jadalne?" Wielokrotnie próbowaliśmy w
delikatny sposób naprowadzić teściową, aby może używała lepszych
jakościowo produktów czy korzystała z przepisów w książkach, które
zalegają na półkach - na próżno. Szkoda mi kobiety, bo na
przygotowanie jedzenia kosztuje ją sporo pieniędzy, czasu i energii,
a potem i tak wszystko ląduje w koszu. Jak wybrnąć z takiej sytuacji
przy stole?