Dodaj do ulubionych

Intercyza - plusy i minusy

03.03.04, 09:34
Witam, chciałam zpytać, jakie macie zdanie na temat intercyzy małżeńskiej? W
jakich przypadkach ma sens?
Jesteście za czy przeciw takiemu rozwiązaniu?

Pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • burza4 Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 10:09
      To kwestia indywidualna. Zasadniczym minusem jest niemożność wspólnego
      rozliczenia podatkowego. Poza tym - wszystko zalezy od indywidualnej sytuacji.
      Ja rozdzielność miałam z obecnym mężem przez chwilę, znieśliśmy ją po pół roku.
      Natomiast zdecydowanie jest korzystna np. jeśli któryś z małżonków prowadzi
      własną działalność - rozdzielność wtedy chroni tą drugą osobę przed
      ewentualnymi długami firmy. Albo istnieją znaczne dysproporcje w zarobkach i
      przyczynaniu się do powstawania małżeńskiego dorobku. No i jeśli coś nie
      wyjdzie, sytuacja jest klarowna - łatwiej przeprowadzić podział majątku. Piszę
      może dość cynicznie, ale przy drugim podejściu ma się oczy szerzej otwarte na
      te kwestie. I człowiek wie już, że nie samą miłością człowiek żyje, a tak
      naprawdę partnera poznaje się dopiero przy rozstaniu... wtedy wychodzą takie
      kwiatki, że jest się zszokowanym do czego ten/ta osoba może się posunąć...
    • sasha3 Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 11:35
      Jestem za smile
      Akurat taki rodzaj cynizmu jest jak najbardziej wskazany. Miłość miłością,
      zaufanie zaufaniem, ale zdrowy rozsądek powinien być górą.
      Moja koleżanka niedawno rozstała się ze swoim mężem. Powiedziała mi jedną mądrą
      rzecz: "małżeństwo powinno zaczynać się rozwodem, bo wtedy najlepiej poznaje
      się partnera".
    • mamapabla Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 13:12
      Moje pierwsze narzeczeństwo nie znalazło finału w USC gdy pisząc umowę "ślubną"
      narzeczony wydał mi się strasznym skąpcem - ofiarowywał na wydatki domowe 150
      dolarów miesięcznie. Oprócz tego miałam prasować mu trzy koszule miesięcznie,
      gotować i dbać o ogólną czystość mieszkania. Po trzech latach mieliśmy
      zadecydować czy dziecko czy rozwód. Cyniczne? Teraz myślę, że bardzo uczciwe.
      Lista zawierała sporo jego obowiązków ( m.in.zakupy, wynoszenie śmieci,
      zmywanie a także co miesięc kosztowny prezent i kwiaty bez okazji)- był
      prawnikiem, więc umowa była sporządzona fachowo, a że nie byliśmy zakochani
      więc dlatego taka szczegółowa. Pojawiła się miłość mego życia i na delikatną
      propozycję umowy zareagował "Świętym oburzeniem". No i super - koszule mam do
      prasowania codziennie, 500 zł na życie, wszystkie prace domowe, zakupy - to
      tylko moja działka, a kwiaty i prezenty to fikcja. Jestem zdecydowaną
      zwolenniczką umów i intercyz. Jeśli ludzie potrafią dogadać się w takich
      sprawach przed ślubem, to dobrze wróży na przyszłość, może przyszłe problemy
      też będą umieli przedyskutować. Pozdrawiam. Aga
    • odalie Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 15:40
      Skoro mam wyrazić osobiste zdanie - jestem przeciwna intercyzie małżeńskiej i
      rozdzielności majątkowej w małżeństwie.

      Wyjątek widzę jedynie w przypadku, gdy któraś ze stron (lub obie) prowadzą
      działalność gospodarczą obarczoną ryzykiem.

      Oczywiście jest to moje zdanie, osoby niezamożnej, pracującej, z mężem w tym
      samych fachu, zarabiającym tyle co i ja, w sumie niezbyt wiele; w układzie
      partnerskim, gdzie nie ma "głowy rodziny" a obowiązki staramy się (z różnym
      skutkiem) dzielić, a pieniądze na bieżące wydatki każdy wyciąga z konta wedle
      woli, nie informując drugiego (wychodzi na to, że wyciągam i wydaję głównie
      ja), zaś wydatki "grube" zawsze są długo i dokładnie konsultowane. Żeby nie
      było, zdarzały się okresy, gdzie jedno z nas nie zarabiało wcale i żadne nie
      widziało w tym problemu.

      Jedna z dziewczyn przedstawiła małżeństwo jak kotrakt pracownika i pracodawcy,
      takie podejście jest mi całkowicie obce. Chyba nie po to jest się z kimś
      blisko, aby wyliczać, że upranie i wyprasowanie koszuli kosztuje 50 zeta, a na
      przykład upojna noc 350? To jest już sprowadzanie małżeństwa do... ja już nawet
      nie wiem, czego.

      Nie ma przymusu zawierania związku małżeńskiego, który w moim rozumieniu jest
      wspólnotą - wszystkiego, zysków, ale także strat. Można przecież żyć bez ślubu,
      po co ten oficjalny papierek? Różnica między małżeństwem a nie-małżeństwem
      zawiera się (przynajmniej z laickiego punktu widzenia) właśnie w tej całkowitej
      wspólnocie. Którą się ryzykuje, owszem, dając tym wyraz przekonaniu, że nad tym
      konkretnym związkiem warto (i będzie się) pracować.

      Ja nie pojmuję, czemu argumentem za intercyzą ma być różnica w dochodach
      małżonków. Myśląc w ten sposób kobiety same wyzbywają się prawa do uznania
      wartości ich ciężkiej pracy, jaką jest wychowanie dzieci i prowadzenie domu
      (jeśli nie zarabiają). To dla mnie oczywiste, że zarobki męża i żony wrzuca się
      do wspólnego kociołka, bez patrzenia nawzajem na ręce i wyliczania. Znam takie
      małżeństwo, gdzie żona (zresztą bardzo dobrze zarabiająca profesjonalistka,
      choć nie aż tyle, ile mąż prowadzący biznes) musi prosić o drobne (np. 15 zł)
      na codzienne zakupy. Ja wychowałam się w rodzinie, w której finansami
      zarządzała mama jako osoba prowadząca dom (planująca posiłki, kontrolująca stan
      zapasów środków czystości i te de). Gdybym miałam prosić męża o pieniądze na
      bułki, jeszcze tłumacząc, czemu tyle a nie mniej, to... nie byłby on moim
      mężem smile

      Może mam (pewnie mam) mały rozumek, ale nie wiem, jak bym miała się wiązać z
      kimś, zakładając a priori, że rozejdziemy się i to wyrywając sobie nawzajem
      ochłapy ze spienionych pysków. Bo co, bo life is life? Jestem programową
      dekadentką i pesymistką, angst&depression, te rzeczy, no spleen aż się we mnie
      przelewa, ale mimo wszystko...

      Nie ma gwarancji na żaden związek. Nie ważne, jak długo się kogoś znało przed
      ślubem i jak dobrze (pewnie lepiej dłużej i dokładniej, ale i to nie daje
      pewności). Nie ma gwarancji, ale można pracować nad związkiem - dbać o
      małżeństwo, dbać o dobre relacje ze współmałżonkiem. Ja nie zakładam, że rozwód
      nie ma prawa mi się nigdy przydarzyć - być może, a kto wie - ale staram się,
      żeby mój związek trwał. To właśnie zakładam i to się staram realizować.
      Elementem tego planu jest wzajemne zaufanie i wspólnota. A jak co, postaram
      się, aby poszło bez nadmiaru złości. I takie postanowienia można spełniać. Nie
      mogłabym jednak z góry zakładać, że małżeństwo (nie luźny związek) rozpadnie
      się.

      Podsumowując - owszem, intercyza jako element zabezpieczenia w biznesie, jakby
      jakiś stan upadłosci czy jak to zwą. I jedynie taka. Aha, przypomninam sobie,
      że intercyzą (rozdzielnością?) chronią się powtórni małżonkowie przed zakusami
      tych, jak to się bardzo nieładnie mawia, "eksi" (sorriii, wreszcie to powiem,
      to nie jest ładne słowo). No, w tym też widzę sporo sensu i rozumiem to.

      Intercyzie jako podważaniu zaufania mówię osobiście nie.

      • burza4 Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 16:11
        odalie napisała:

        > Ja nie pojmuję, czemu argumentem za intercyzą ma być różnica w dochodach
        > małżonków. Myśląc w ten sposób kobiety same wyzbywają się prawa do uznania
        > wartości ich ciężkiej pracy, jaką jest wychowanie dzieci i prowadzenie domu
        > (jeśli nie zarabiają). To dla mnie oczywiste, że zarobki męża i żony wrzuca
        się do wspólnego kociołka, bez patrzenia nawzajem na ręce i wyliczania. Znam
        takie małżeństwo, gdzie żona (zresztą bardzo dobrze zarabiająca
        profesjonalistka, choć nie aż tyle, ile mąż prowadzący biznes) musi prosić o
        drobne (np. 15 zł) na codzienne zakupy. Ja wychowałam się w rodzinie, w której
        finansami zarządzała mama jako osoba prowadząca dom (planująca posiłki,
        kontrolująca stan zapasów środków czystości i te de). Gdybym miałam prosić męża
        o pieniądze na bułki, jeszcze tłumacząc, czemu tyle a nie mniej, to... nie
        byłby on moim mężem smile

        Ta sytuacja nie zawsze jest krzywdząca dla kobiety. Rozmawiałam onegdaj z dawno
        nie widzianą koleżanką - ona zarabiała świetnie, mąż też nienajgorzej - i
        podchodziła do życia na luzie. Płaciła za wszystko sama, nie oglądając się na
        niego - bo co za róznica z czyjego konta idą pieniądze, przecież zarabiała
        świetnie. Ona miała zlecenia stałe na rachunki, ona płaciła w sklepie itd.
        Tyle, że przy rozwodzie okazało się, że ona została goła i wesoła, po jego
        zarobkach nie został nawet ślad, bo swoje zarobki przelewał na konto mamusi.
        Szybciutko, mimo że "nic nie miał", kupił 80-metrowe mieszkanko. Do podziału
        było tylko to, co zarobiła ona. W związku z chorobą dziecka musiała zmienić
        pracę na o wiele gorzej płatna i okazało się że byłemu musi spłacić 80.000 zł.
        Z jej obecnych zarobków to horrendalny wysiłek. Albo teraz rozwodzi się kuzynka
        i gdyby miała intercyzę, to nie byłoby teraz dramatu jak wyeksmitować z
        mieszkania męża-pijaka... (rodzice dali kasę, ale mieszkanie kupione jest na
        nich po ślubie - i umarł w butach, musi mu dać połowę, tylko skąd?)

        > Może mam (pewnie mam) mały rozumek, ale nie wiem, jak bym miała się wiązać z
        > kimś, zakładając a priori, że rozejdziemy się i to wyrywając sobie nawzajem
        > ochłapy ze spienionych pysków. Bo co, bo life is life? Jestem programową
        > dekadentką i pesymistką, angst&depression, te rzeczy, no spleen aż się we
        mnie przelewa, ale mimo wszystko...

        Ja za pierwszym razem też o tym nie myślałam, bo też miało być na zawsze i nic
        nie mieliśmy. A teraz już mamy oboje, a rozdzielności teraz nie mamy, bo i tak
        zasadnicza część majątku jest naszym majątkiem odrębnym "przedślubnym". Ale
        doskonale rozumiem ludzi, którzy intercyzę mają. Miłość miłością, ale uwierz,
        dopiero przy rozwodzie poznaje się prawdziwe oblicze drugiego człowieka.
        Słyszałam o facecie, który przychodząc do dziecka w odwiedziny został
        przyłapany jak ukradkiem wkłada łyżeczki do kieszeni!!!

        > Nie ma gwarancji na żaden związek. Nie ważne, jak długo się kogoś znało przed
        > ślubem i jak dobrze (pewnie lepiej dłużej i dokładniej, ale i to nie daje
        > pewności). Nie ma gwarancji, ale można pracować nad związkiem - dbać o
        > małżeństwo, dbać o dobre relacje ze współmałżonkiem.

        Praca nad związkiem nie ma nic wpólnego z intercyzą - jedno nie wykłucza
        drugiego, w końcu chodzi o to, że chcemy być z tą osobą, i to jej nie chcemy
        stracić, a nie dostępu do jej konta bankowego!

        > Podsumowując - owszem, intercyza jako element zabezpieczenia w biznesie,
        jakby jakiś stan upadłosci czy jak to zwą. I jedynie taka. Aha, przypomninam
        sobie, że intercyzą (rozdzielnością?) chronią się powtórni małżonkowie przed
        zakusami tych, jak to się bardzo nieładnie mawia, "eksi" (sorriii, wreszcie to
        powiem, to nie jest ładne słowo). No, w tym też widzę sporo sensu i rozumiem to.
        >
        > Intercyzie jako podważaniu zaufania mówię osobiście nie.

        Dla mnie to zasada ograniczonego zaufania, typowa dla ludzi, którzy się
        niestety mocno sparzyli. Albo po prostu mają już złe doświadczenia. Nie
        popieram natomiast kombinatorstwa intercyzą w celu uniknięcia odpowiedzialności
        za dzieci czy inne zobowiązania. Ale z drugiej strony czułabym się bezpieczniej
        gdybym ją miała, bo mój mąż spłaca "przedślubny" kredyt na mieszkanie syna a ja
        wiem, że w razie czego mojej pensji nie wystarczy na ratę...
        • odalie Re: Intercyza - plusy i minusy 03.03.04, 20:24
          Burzo (i w ogóle), miałam podać swój, pogląd, to i podałam. Pewnie, każdy ma
          swój własny. Ja akurat taki. Nie narzucam tego, w co chcę wierzyć innym, ale
          sama staram się tego właśnie trzymać. Racja, może w moim poście nie
          zróżnicowałam wyraźnie - dla mnie czym innym jest ot po prostu intercyza, a
          czym innym wycenianie czynności domowych - którego, podobnie jak płacenia
          dzieciom za prace w domu typu mycie okien, nie pochwalam (każdy niech sobie
          robi co chce, ale ja nie każdego za wszystko muszę lubić).

          > Płaciła za wszystko sama, nie oglądając się na
          > niego - bo co za róznica z czyjego konta idą pieniądze, przecież zarabiała
          > świetnie. Ona miała zlecenia stałe na rachunki, ona płaciła w sklepie itd.

          U nas konto jest wspólne i ja doskonale wiem (tak samo doskonale wie mój
          facet), co za co przyszło (zresztą sporo pracujemy wspólnie), i kto co kiedy
          wyjął. Na co wyjął - tu sobie zostawiamy pewną dowolność, jak do tej pory nikt
          niczego nie przepił ani nie przegrał w ruletkę.

          > Ale
          > doskonale rozumiem ludzi, którzy intercyzę mają. Miłość miłością, ale uwierz,
          > dopiero przy rozwodzie poznaje się prawdziwe oblicze drugiego człowieka.
          > Słyszałam o facecie, który przychodząc do dziecka w odwiedziny został
          > przyłapany jak ukradkiem wkłada łyżeczki do kieszeni!!!

          Wiesz, Burzo, jestem naprawdę wbrew pozorom mniej naiwna niż możesz o mnie
          sądzić. Mam na ten przykład własne oszczędności. Po prostu - gdyby facet przed
          ślubem powiedział: "No, kochanie, żebyś mnie nie okradła, musimy spisać
          intercyzę" to nie byłby moim mężem. Nawet gdyby wyraził to w jakiś
          zakamuflowany, delikatny sposób. A, pewnie nadal byłby moim facetem nie-mężem,
          czemu nie?

          Inna rzecz, moi faceci należeli zawsze do mojej hmmm, sfery, jakoś wielkich
          dysproporcji w statusie majątkowym nie było.

          Nie musisz mi tłumaczyć, co potrafią ludzie przy rozwodzie - mam teścia, który
          przy rozwodzie dostał wszystko jak leci, ruchomości i nieruchomość, wszystko
          bez marudzenia czy przepychanek, miał jedynie zapewnić w tej nieruchomości
          udział dla swojego syna (mojego faceta, nota benka). Ponieważ nie było to
          oficjalnie spisane, wypiął się i wszystkiego wyparł, nieruchomość sprzdał,
          kupił kawalerkę, samochód i zasilił konto, swoje oczywiście, i tak dalej. Ale,
          uwaga - jego koronnym argumentem było (poza brakiem paiperka na umowę,
          oczywiście), że zarobił na zakup tej nieruchomości będąc na kotrakcie
          zagranicznym, czyli nie zarobiła tego teściowa. Tym sposobem mój facet, a jego
          syn, został że tak to ujmę na lodzie - jak trudno zastartować w życiu bez
          mieszkaniowej pomocy rodziny to chyba pisać nie muszę. Ale, ale, czy zachowanie
          teścia nie zahacza o myślenie: "Ja zarabiam, ty nie, siedzisz babo przy
          dzieciaku czyli nic nie robisz, więc ja decyduję o kasie i kasa w ogóle jest
          moja?"

          > Praca nad związkiem nie ma nic wpólnego z intercyzą - jedno nie wykłucza
          > drugiego, w końcu chodzi o to, że chcemy być z tą osobą, i to jej nie chcemy
          > stracić, a nie dostępu do jej konta bankowego!

          Intercyza w moim pojęciu, takie nie związana z biznesem czy innymi
          pozamałżeńskimi układami, otwarcie sygnalizuje brak zaufania. Zresztą Burzo, Ty
          właśnie o tym piszesz, o mężu cichym złodziejaszku, o mężu pijaku, o mężu
          kradnącym nawet łyżeczki. Komuś to może nie przeszkadzać. Mnie by
          przeszkadzało. Pewnie dlatego, że nasze finase są takie łatwe do przeliczenia w
          pamięci z pomocą paluszków jednej ręki smile

          Zdaję sobie sprawę, że sporo tu edziewczyn posiada intercyzy/rozdzielność i być
          może poczują się urażone. Otóż nie czujcie się smile)) Jestem idealistką,
          anarchistką i w ogóle -istką smile))) , poglądy mam niedziesiejsze i w ciapki, ot
          już tak.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka