zadula
01.12.10, 17:35
Niech ta wypowiedź nie będzie wołaniem o pomoc. Niech nie będzie kolejną próbą zwrócenia uwagi na problem. Chce, żeby moje przeżycia odbiły się echem rozsądku wśród wszystkich, którzy będą czytać poniższe słowa, chociaż wiem, ze w morzu emocji, które chcę z siebie wyrzucić, ciężko znaleźć choć kroplę racjonalnego myślenia.
Mam 34 lata. 13 lat temu, w październikowy wieczór, wychodziłam z metra na warszawskim Mokotowie. Wracałam z pracy. Pamiętam, że dziwiłam się, że mimo jesieni jest tak ciepło. Aby dojść do domu, musiałam przejść między blokami. Nie bałam się, znałam tą trasę jak własną kieszeń, przechodziłam przecież tędy praktycznie codziennie. Owszem, było ciemno, ale strach nie pojawił się nawet na moment. Nie zdawałam sobie sprawy, jak mógł okazać się zbawienny. Kiedy przechodziłam obok nieczynnego sklepu, drogę zagrodził mi męzczyzna.
Nie zdążyłam zrobić kroku, kiedy z całej siły uderzył mnie pięścią w twarz. Upadłam na pojemnik z piachem, wtedy on mnie kopnął, w brzuch, aż straciłam oddech. Myslałam, ze chce zabrać mi zakupy, torebkę albo biżuterię. Ale nie. On chciał więcej. Chciał mnie.
Podniósł mnie za włosy i zaciągnął do altanki śmietnikowej. Krzyknęłam, wołałam o pomoc ile starczyło mi tchu. Wtedy zaczął bić. Okładał mnie z całej siły, dopóki nie straciłam przytomności. Nie wiem, ile to trwało. 15 minut, czy godzinę. Chyba obudził mnie ból. Obok mnie leżała torebka, rozsypane zakupy. Próbowałam się podnieść, ale ból był zbyt silny. Po kilku próbach udało mi się wstać, i dojść na postój taksówek. Następną rzeczą, jaką pamiętam, było echo kroków w szpitalnym korytarzu. Wstrząs mózgu, złamane żebro, liczne obrażenia "tych" części ciała. Lekarz, który się mną zajmował, podczas obchodu nie rozmawiał ze mną, zadawał tylko niezbędne pytania. Wiedziałam, że czuje się skrępowany. Natomiast w ogóle skrępowany nie był policjant, który próbował mnie przesłuchiwać. Pytał o wszystko. Nie wiedział, jak bardzo chciałam mu wszystko opowiedzieć i jak bardzo nie mogłam sobie niczego przypomnieć. Ktoś zaproponował mi pomoc psychologa. Odmówiłam. Po wyjściu ze szpitala przez dwa tygodnie nie wychodziłam z domu. Nie odbierałam telefonów. Nie wpuszczałam nikogo do własnego mieszkania, nawet najbliższej rodziny i przyjaciół. Nie mogłam się otrząsnąć. Nie mogę się otrząsnąć.
Ktoś, czytając te słowa, pewnie zastanawia się, dlaczego piszę na forum "emama". Jest powód. Ma 13 lat. Kiedy pyta o ojca, odpowiadam : tata nie żyje. I to nie jest kłamstwo. Ja też wierzę w to, ze jego ojciec nie żyje.
Kiedy dowiedziałam się o ciąży, nie mogłam uwierzyć. Przecież w szpitalu powinni od razu temu zapobiec. Zadbać o wszystko. Nie chciałam tego dziecka. Chciałam zmusić siebie do normalnego życia, do pracy, może do nauki, przyjaciół. Ale dziecko ? Nie, to się nie mogło zdarzyć. Pomysł skrobanki pojawił się w 4 miesiącu. Późno. Dla moich rodziców to było nie do pomyślenia. Tak samo jak ja nie chcieli tego dziecka, ale nie chcieli też, żebym poddała się zabiegowi. A ja wiedziałam, ze muszę to zrobić. Biłam się z myślami, a czas mijał. W końcu było na tyle późno, ze żaden lekarz nie podjąłby się zabiegu. Urodziłam. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam swoje dziecko, poczułam złość. Przestraszyłam się, ale tłumaczyłam sobie, że to minie, na pewno minie. Nawet rodzice przestali nazywać przyszłego wnuka bękartem. Ale dni mijały, a ja, karmiąc swoje-nieswoje dziecko, byłam coraz bardziej wściekła. Złość była tak duża, że kiedy tylko mogłam, oddawałam F. matce. Nie mogłam go znieść. Jego, a może myśli, że tak naprawdę jest błędem w moim planie na życie. Niechcianym prezentem od losu.
Ktoś powie: dom dziecka. Owszem, brałam to pod uwagę. Ale wtedy znów wtrącili się rodzice. Że jako katolicy nie doprowadzili do aborcji po to, żeby teraz ich własnego wnuka miał wychować jakiś obcy.
Ktoś (dzięki, P.), przemówił mi do rozsądku. Zmieniłam się. Zaczęłam przystosowywać się do sytuacji, a przynajmniej - próbowałam próbować. Do dzisiaj próbuję. Codziennie zmagam się z myślą, że jednak F. nie jest do końca mój. To tkwi we mnie jak wrzód, który w każdej chwili może pęknąć, zresztą, co ja bredzę. On pęka właściwie codziennie, kiedy odprowadzam F. do szkoły, kiedy idę z nim po zakupy, zawsze wtedy, kiedy pyta o ojca. Brnę. Udaję przed własnym synem jego matkę.
Ostatnio rozmawiałam z P. Powiedziałam jej, że F. nigdy nie będzie mój. Że w głowie i w sercu nadal jest pomyłką. I, w końcu, że gdybym mogła cofnąć czas...
Dziś już wiem, że nie umiem kochać własnego dziecka. Myślę, że to się przekłada na wychowanie. Czasami wybucham. Płaczę, a kiedy on pyta, co mi jest, milczę. Nigdy go nie uderzyłam i nigdy tego nie zrobię. Chce go dobrze wychować, całe szczęście pomagają mi rodzice, bo sama mogłabym nie dać rady. W całym ich konserwatyzmie i stanowczości, której nie umiem się sprzeciwić, i której tak szczerze nienawidzę, potrafię docenić ich pomoc, ale nie potrafię się odwdzięczyć.
Tak bardzo chcę obudzić się któregoś dnia z uczuciem tęsknoty za F. Pójść do jego pokoju i po prostu powiedzieć mu, że kocham. I żeby to nie było kłamstwo. Bo wiem, że wszystkie dzieci powinny mieć rodziców. Ale jednocześnie we łzach, które wylewam codziennie w łazience odbija się przekonanie, że nie wszyscy rodzice powinni mieć dzieci...