Napier****aja od 3 dni. Kują podłogi, wiercą dziury, od rana ( dziś od 6:20, wczoraj też od chwli po 6, przedwczoraj od 7 o szlachetni

). Wiertary ( chyba kilka) działają juz od świtu. Tuz za ścianą mojej sypialni. Ja nie wiem czy sie smiac czy plakac

Rozumiem, że przy remoncie hałasowac trzeba, ale na bogow nie do 6 rano

z wiertarkami i skuwaniem podłogi. Siedzmy w tym hałasie. Na plac zabaw moge iśc dopiero o 10, bo wtedy jest otwierany. Wcześniej jedyna opcja, to spacer ( nie bardzo jest gdzie a dziecko srednio chetne).
Panowie pracują do 14:30 i robią sobie przerwe na sjestę. Jest absolutna cisza do 17:30 i tuz po tej godzinie zabawa zaczyna się na nowo. Nie ma tu czegoś takiego jak cisza nocna, w związku z czym wiertarkę, czy młotek słychac nawet o 1 w nocy. ( nie przesadzam, naprawdę).
Zbroimy sie w cierpliwoiśc i modlimy, zeby uporali sie z tym jak najszybciej i przeszli do cichszych prac.
Bo ile mozna kuć podłoge i wiercic? Chyba nie długo, a wiem ze to mieszkanie wielkie nie jest.
Nadzieja swita, ze moze w weekend sie uporają.
Żeby nie było nie mam pretensji zadnych

Bo mimo uciązliwości w pełni rozumiem.
Wolałabym jednak żeby zamiast sjesty dali rano trochę mniej czadu, albo w nocy cisze.
I nie, nie wyprowadze sie do domu z wlasnym podworkiem