the-only_bambulek
17.10.11, 17:18
Moja córka chodzi do "zerówki" która znajduje się przy szkole podstawowej. Odbieram córkę o godzinie 13.00. Zazwyczaj przychodzę z młodszym synem, który niestety biega wszędzie, jak korytarz jest długi i gdzie tylko da się wejść(ma niecałe dwa lata).Wołam córkę, ponawiam prośbę trzy razy. Ona zaczyna się denerwować, ja pocić a syn uciekać. Czekam na korytarzu, syn znowu ucieka, ja poganiam córkę, żeby jednak się pospieszyła ale ona zaczyna głośno płakać. Zrobiło się zamieszanie, wszystkie matki wzrok skierowały na nas.Pojawiła się jakaś nauczycielka, która pomogła ubrać się córce ale nie powstrzymała się od komentarzy na temat mojej osoby.Usłyszałam, że moje zachowanie jest karygodne, że doprowadziłam córkę do płaczu, jak można tak postępować, że zgłosi to do pedagoga, że jej prawem jest reagować, gdy dziecku dzieje się krzywda, że się znęcam nad dzieckiem. Popłakałam się, jedna pani pomogła pozbierać sprawców zamieszania i poszłam. Nie rozumiem tego co się stało. Nie rozumiem dlaczego ta nauczycielka tak się zdenerwowała. Czy to coś strasznego, że próbuję wyegzekwować od córki szybszego ubierania i nie pomagam jej, bo mam na rękach wariującego dwulatka, który wyrywa się na wszystkie strony. Proszę o ocenę tej sytuacji, bo może ja za nerwowa jestem?
Dziękuję z góry za odpowiedź. Pozdrawiam