ouemdzi
11.04.12, 21:44
No wiec przyszla kryska na matyska i postanowilam w koncu kupic mieszkanie.
Rzecz dzieje sie w stolicy i okolicach.
Od ilus tam lat zyje za granica, wiec troche zapomnialam jakie sa realia w kraju.
Mam troche kasy odlozonej, wiec na wklad wlasny i na paromiesieczne bycie bez pracy by wystarczylo. Zdolnosc kredytowa jest. Dziecie w wieku gotowym na poszerzanie horyzontow, wiec postanowilam sprobowac za jakis czas 'wrocic' do kraju i to mieszkanie mialo byc takim punktem zaczepienia.
Do sedna. Okazuje sie, ze aby kupic jakies niewielkie mieszkanko w bloku bede musiala wyskoczyc na dzien dobry z 30-50 tysiecy zlotych (wklad wlasny plus prowizje, notariusz itp), i przez 30 lat placic rate 1600-1800 zl.
Tyle wyliczyl mi pan doradca kredytowy,oprocentyowanie 6,2 i to ponoc jest 'mala rata'.
No wiec zalozmy rata 1800, czynsz z 400-500 i juz mamy ladna kwote 2200-2300 za samo gole mieszkanie.
Zastanawiam sie wiec jak sobie daja rade tzw. przecietni ludzie w duzym miescie w Polsce?
Bo przypuszczam, ze i podobne realia sa w Trojmiescie, Krakowie czy Wroclawiu.
Jak maja ugryzc temat mieszkania ludzie majacy przecietne prace, typu sprzedawca, pani z biura, pielegniarka, nauczycielka?
Niech sobie taka osoba zarobi 2 tysiace netto, zalozmy x2 bo ma partnera czy partnerke i dziecko lub dzieci. Po zaplaceniu mieszkania zostaje im na cala reszte, czyli na zycie mniej niz 2 tysiace zlotych. Na 2-4 osoby. Wychodzi na to, ze koszt mieszkania to ponad 50% dochodu.
Powaznie sie zastanawiam jak przecietny Kowalski zyje np. w takiej Warszawie?
Bierze ten kredyt i placi te ogromne raty czy wynajmuje? A jesli wynajmuje to co?
Czy istnieje cos takiego jak najem dlugoterminowy, czy wlasciciel nadal ma prawo wywalic lokatora po 3 miesiacach jesli chce np. sprzedac mieszkanie?
Tak patrze na te 'niskie raty' i mi sie juz najem wydaje chyba bardziej sensowny, wolalabym chyba placic 1800 zl za ladne nowe mieszkanie pod Warszawa gdzies na trasie skmki, i miec wszystkie naprawy mieszkania w nosie, niz splacac taki kredyt i mieszkac np. na Bialolece gdzie do najblizszego autobusu jest 1km na pieszo.
Powiedzcie jak to jest w rzeczywistosci z tymi kredytami w waszym otoczeniu? Czy ludzi realnie stac na takie ogromne raty (zakladam, ze naprawde fajne mieszkania w stolicy, takie za 400 tys. i wiecej, w sensownej lokalizacji, to juz maja raty grubo ponad 2 tysiace).
W mojej rodzinie i wsrod znajomych nikt teraz kredytu nie bierze, wszyscy juz maja mieszkania kupione iles lat temu i placa te raty, albo maja mieszkania dostane po babci itd. No i ci co placa raty tez narzekaja ze im ciezko, chociaz zarabiaja wiecej (przykladowo siostra z mezem maja ok. 6 tysiecy na reke i rate 1700 plus 600 czynsz).
Czy jest sens w ogole pchac sie w taki kredyt czy lepiej wynajmowac?
A moze kupic kawalerke na wynajem, jako lokate kapitalu, tak aby rata PRAWIE pokrywala sie z kasa z najmu, a samemu mieszkac w wynajmowanym lokum?
No szok...