Ochłonęłam trochę, to wam opiszę spotkanie III stopnia z naszą służbą zdrowia.
Mam chorego terminalnie na raka teścia. Od kilku dni juz nie wstaje, pieluchy itd. Trzeba jechać do Centrum Onkologii na radioterapię. Wizyta na 9 rano, wiec co robimy?
Dzień wcześniej załatwiamy transport sanitarny, na 8 rano, co by na pewno zdążyć.
Zabawa zaczęła się. O 7 rano, poleciałam zarejestrować teścia w CO. Wróciłam o 8,20 i czekamy na karetkę. Przyjechali o 9.30, a więc na wizyte jesteśmy spóźnieni. Pod gabinetem byliśmy o 10. Pani doktór niet. Latam, szukam, w końcu znalazłam. Wchodzę grzecznie, i informuję, że się spóźniliśmy, nie z naszej winy itd. A ta s.ka z mordą do mnie, że ona teścia nie przyjmie, bo sie spóźnił. Jak krowie na miedzy mówię, że nie nasza wina, bo karetka..., Ona na to, ze ma to gdzieś i nie przyjmie.
Zapytałam sie grzecznie o nazwisko jej przełożonego i dowiedziałam się, że to nie moja sprawa. Przed trzaśnięciem drzwiami powiedziałam tylko, że ja i tak się dowiem, tylko kwestia czasu.
Po dwóch godzinach szukania ( jesteśmy już 2,5 godziny w CO a teść leży na wózku na korytarzu ) trafiłam do dyrektora do spraw medycznych. Porozmawiałam sobie miło, a potem napisałam oficjalną skargę. W międzyczasie Pan Dyrektor przez telefon szukał lekarza, który wykona zabieg.
Wychodząc z gabinetu, zostałam zapewniona że zaraz ktoś się nami zajmie. Zanim ja doszłam do teściów, to lekarz już tam był. Badanie zajęło 1,5 godziny. umówiliśmy transport na 14 i czekamy. W międzyczasie okazało się, że teścia trzeba nawodnić, ale w CO nie ma takiej możliwości i możemy pojechać tam, gdzie lekarz przyjmuje od 15, to dostaniemy kroplówkę. Pytanie za 100 punktów, co zrobić bo na skierowaniu na transport jak byk stoi że do domu. Po 1,5 godzinnym spóźnieniu przyjechała karetka. Oczywiście teksty, ze oni nie mogą itd ( dyspozytornia nie pozwoliła na zmianę kursu ) i dogadaniu się prywatnie z panami z karetki, udało się zawieźć teścia na sygnale w 20 minut. Kroplówki na tyle pomogły, ze do powrotu już nie trzeba było transportu sanitarnego.
Do domu wróciłam padnięta o 21 i latała szukać lekarstw na receptę ( udało się w 3 aptece

)
No dobra wygadałam się. Mam do was pytanie, co ma zrobić ciężko chory pacjent, jak nie ma kogoś, kto będzie walczył o pomoc? Umrzeć na korytarzu?
Ja efekt osiągnęłam, lekarz prowadzący zmieniony. Sprawa nie zakończona, bo mąż bedzie pisał skarge do sądu dyscyplinarnego czy jakos tak. Również skarga pójdzie do na firmę transportujacą.