yna777
13.03.13, 00:32
Albo mnie zjedźcie albo przekonajcie, że słusznie myślę. Długie będzie.
A chodzi o to, że mam problemy z mężem, ogólnie sporo, ale jednym z nich jest to, że nie udziela mi ważnych lub podstawowych informacji. Np. nie powie do razu, że coś planuje, tylko zaskakuje mnie tym na ostatnią chwilę. Czasem to wygląda jakby myślał, że ja się nie zgodzę, co nie jest prawdą i/albo chciał na mnie coś wymusić metodą faktów dokonanych. Np. umówi się z kimś lub nas z kimś, i gdyby powiedział mi od razu, to czasem po prostu ja bym sobie układała resztę czasu mając to na względzie, ale czasem to były to sytuacje, że mi nie pasowało. I gdyby odwołał to "od razu" albo ze mną wcześniej ustalił, nie byłoby problemu, ale jak dowiadywałam się o tym na chwilę przed, to było już za późno by odwołać. Przez to często mnie bardzo uziemnia i on o tym wie. Pytanie wyprzedzające o jego plany odpada, bo zwykle warczy, że nie ma żadnych, a potem okazuje się, że ma jakieś i to od dawna. Mam coraz częściej wrażenie, że to rodzaj manipulacji z jego strony, sprawowania władzy, cholera wie czego. Zwykle też jako ostatnia albo przypadkiem dowiaduję się też o wielu innych sprawach. Np. że jego mama była poważnie chora. Gdybym wiedziała, to bym do niej zaszła, odwiedziła, a tak wyszło niefajnie. Podobnie dowiaduję się o dość istotnych zdarzeniach w jego pracy, życiu, u naszych znajomych, rodziny itp. Zwykle wychodzę wtedy na idiotkę i wygląda jakbym w ogóle z mężem nie rozmawiała albo mnie totalnie lekceważył, bo nic nie wiem o czymś tam. Np. jak jego wujek miał wylew, to bratu i mamie powiedział o tym dopiero po kilku dniach. O pogrzebie pewnej osoby z jego rodziny, też swojej mamie powiedział późno i tak, że w zasadzie ją dezinformował a nie informował co i jak.
I teraz clue. Zajmował się dzisiaj naszym dwuletnim dzieckiem. Ja byłam w pracy, po południu na 18.00 byliśmy umówieni na obiad u jego babci. Około 17.30 dzwoni do mnie i pyta się kiedy idę do jego babci. Mówię, że za chwilę się zbieram. Słyszę ok, jeszcze próbuję pytać o dziecko, ale się rozłącza. Pół godziny później jestem już prawie na miejscu, dzwoni, pyta się gdzie jestem. Mówię, że już prawie na miejscu, znowu się rozłącza. Próbuję oddzwonić, raz odebrał, ale za chwilę rozłączyło. Znowu dzwonię i słyszę, że zajęte. W oknie widzę jego babcię z telefonem, domyślam się, że rozmawia z nim. Dzwonię jeszcze raz i pytam się gdzie jest, skoro nie ma go na miejscu. I słyszę, że dziecko miało wypadek, jest z nim w szpitalu, mają przewieźć je karetką do innego szpitala. Biegnę oczywiście do szpitala. Na miejscu okazuje się, że nie jest tak źle, ale trzeba było sprawdzić czy nie ma wstrząsu mózgu itp.. Pytam się kiedy to się stało, jak długo są w szpitalu i słyszę, że od ponad godziny. Do wypadku doszło dosłownie 50 m od miejsca mojej pracy, byłabym w minutę, do szpitala miałam może 10 min piechotą. W każdej chwili mogłam wyjść z pracy. Pytam dlaczego mnie nie zawiadomił do razu. Widać było, ze mu się to pytanie nie podoba i w końcu warknął, że miał co innego na głowie. Tylko, że z okoliczności wynikało, że zadzwonić jak najbardziej mógł, a po drugie, przecież dwa razy w międzyczasie rozmawialiśmy i nic o tym nie wspomniał. Co więcej, wygląda na to, że słysząc ode mnie, że już jestem pod domem babci, zdecydował się rozłączyć by zadzwonić do niej lub odebrać od niej telefon, wytłumaczyć, że nie przyjdziemy i dopiero potem odebrał mój kolejny telefon i powiedział co się stało.
I teraz czy ja mam rację uważając, że powinien mi powiedzieć o tym wypadku od razu? Czy mając na uwadze to co napisałam na wstępie, to tą sytuację z dzieckiem można podciągnąć pod ten problem, czy to jednak inna sytuacja?
Przyznam, że wiedząc, że potrafi zdecydować za innych co powinni a czego nie powinni według niego wiedzieć, to w kontekście tej sytuacji z dzisiaj przestraszyłam się, że kiedyś nie powiadomi mnie o czymś ważniejszym jeszcze. Ale może przesadzam i akurat tej sytuacji nie powinnam się czepiać, bo zdenerwowanie itd.
Dziecku na szczęście nic nie jest