Kot ponad rok temu miał tajemniczy, nigdy niewyjaśniony wypadek, którego efektem był uraz końcowej części kręgosłupa i porażenie czucia w tym rejonie. Kot miał niewładny ogon oraz duże problemy z wypróżnianiem (niedowład mięśni i porażenie nerwów w okolicy jelita grubego i odbytu). Kota wspomagało się odpowiednią dietą i podawaniem syropu lactulosum, ułatwiającego wypróżnianie. No i jakoś funkcjonował, na oko nawet całkiem nieźle – był aktywny, energiczny, z apetytem i werwą. Niestety w miarę upływu czasu cos tam w środku jednak dalej się psuło (mimo ostrożnych nadziei i rokowań lekarzy, że tego typu porażenia z czasem mogą się cofać, regenerować) i kotu zrobiła się przetoka odbytowa, która najpierw się totalnie zatkała, a potem pękła i wywaliła na zewnątrz…
Z kota lekarka wydłubała wiadro zalegającego kału, a co do odbytu i przetoki powiedziała jedno : „nic już nie zrobimy”. Odbyt i okolica są już objęte martwicą, zapewne także część wewnętrznych tkanek (jelita ?). Można powiedzieć, że zamiast odbytu ma lej po bombie, którym kupa wydostaje się w sposób całkowicie niekontrolowany. To że kot (na razie) nie cierpi specjalnie z tego powodu, wynika właśnie z porażenia nerwów i ograniczonego czucia. Jednak w każdej chwili grozi mu zapalenie otrzewnej, na skutek zalegania kału w jamie brzusznej i wtedy będzie cierpiał okropnie. W dodatku może to nastąpić nagle – z godziny na godzinę.
Kot miał być uśpiony w sobotę, ale mąż się zaparł, że kot czuje się póki co dobrze (po oczyszczeniu z zalegającego kału faktycznie nabrał werwy) i on nie jest w stanie podjąć takiej decyzji co do kota, który przychodzi do niego normalnie się przytulać, włazi na kolana, całuje w nos i mruczy miłośnie. No wiem, rozumiem to, ale mnie z kolei dręczy wizja, że np. kot zaczyna mieć straszliwe bóle i chowa się gdzieś, gdzie go nie znajdziemy, a on będzie godzinami umierał samotnie w męczarniach. Albo pójdziemy do pracy, a jemu wtedy się zacznie…
Okropnie się z tym czuję, ta decyzja wisi nad nami, ale mam wrażenie, że mąż trochę jak dziecko naiwnie myśli, że „a nuż mu przejdzie”. Kupił nową butelkę lactulosum i pilnuje podawania, jakby się spodziewał, że to kota uleczy
Ja uważam, że skoro kot i tak już ma wyrok, to lepiej uśpić go, kiedy jeszcze nie cierpi tak bardzo. Chcę i kotu, i nam zaoszczędzić aż tak dramatycznych przeżyć (chociaż sama eutanazja tak czy owak jest dramatyczna). Ale się nie odzywam. A mąż zbiera za kotem pogubione kupy i udaje, że wszystko jest OK….