nisar
19.03.14, 11:00
że absolutnie nie jestem dzielna.
Jak słucham o kobietach, takich jak moja babcia albo babcia męża, które po wojnie zostały same, niemal nago i boso, z dwójką lub trójką "drobiazgu" i ogarniały pracę (bo trzeba było te dzieci wykarmić własnymi siłami), dom (bynajmniej bez pralek, zmywarek i odkurzaczy) i dzieci (trzymane żelazną ręką i dopilnowane) i żadna z nich nie miała depresji, problemów emocjonalnych itd., to stwierdzam że jestem rozpuszczonym czterdziestoletnim bachorem, który jest zmęczony po ośmiu godzinach pracy zawodowej (dość trudnej i odpowiedzialnej, ale w końcu to nie przodek w kopalni), do której zawiózł i z której przywiózł tyłek służbowym samochodem, po drodze robiąc drobne zakupy. Na dodatek zjawisko takiego rozpuszczenia obserwuję dookoła nader często. Zmobilizowane są w większości głównie: matki wielodzietne, matki mające dziecko niepełnosprawne i matki samotne. Im normalniejsze życie ma kobieta, tym częściej wpada w depresję tudzież narzeka, że umiera ze zmęczenia.
Czy to znaczy, że:
a) normalnym kobietom w normalnych w miarę sytuacjach życiowych jest za dobrze i wali im w dekiel?
b) każda z nas zmobilizowałaby się, gdyby musiała?
c) trudne życie "wybiera" silniejsze jednostki?
P.S. Tak, parę lat temu ogarniałam pracę na dwóch etatach i ciężko chorą matkę, która ma tylko mnie. Przeżyłam, ale w tej chwili nie bardzo rozumiem, jakim cudem. No, dziecko miałam wtedy tylko jedno i już lekko odchowane, ale i tak tamten okres wspominam jako horror. A przecież do tego, co przeżywały kobiety w czasie wojny czy tuż po wojnie i tak mi było daleko. To co by było, gdyby spadło na mnie tyle, co na nie wtedy?
Silniejsze były, bardziej zahartowane do trudnego życia, czy po prostu nie miały innego wyjścia, jak podołać?