... chciałabym mieć.
Pozbyłam się już chyba 3/4 ogromnego zbioru książek (własnych, męża, odziedziczonych), ale nadal pozostało ich wiele. Wiem, że do ręki ich nie wezmę nigdy, bo nawet jeśli będę je chciała przeczytać, to wkurzy mnie wersja papierowa i kupię ebooka. Mam ze 30 nieprzeczytanych, które chcę przeczytać, ale jak na nie patrzę, to aż mnie cofa. Z wielbicielki papieru stałam się jego przeciwniczką i zakochałam się kilobajtach.
A miejsca mam mało, bo kolejne dziecko zaraz na świat przyjdzie. Książki dziecka będącego już na świecie zajmują kilka półek i ten księgozbiór cały czas rośnie.
Czy dom bez "dorosłych" książek naprawdę jest taki zły? Czy jak dziecko widzi mnie bardzo często czytającą, to jednak dostarczam mu dobrych wzorców, czy musi być ten papier? Najbardziej szkoda mi tego, że ja odkryłam wiele literackich pozycji właśnie dzięki temu, że były dostępne na wyciągnięcie ręki w domu rodzinnym, u dziadków. I tak się zastanawiam, czy własnym dzieciom właśnie tego nie odbieram