margierita
24.06.14, 18:11
Uczestniczyłam dziś na pewnym zebraniu i byłam świadkiem takiej oto sceny:
ogół zgromadzonych (kilkanaście osób, różnej płci, wieku, wykształcenia, statusu majątkowego itd.) musiało spośród swojego grona wybrać przewodniczącego. Pełnienie tej funkcji to sporo roboty/czasu i brak gratyfikacji finansowej, zresztą jakiejkolwiek innej też brak.
Po informacji, że należy wybrać i jakie są propozycje po może dwuminutowej przerwie podnosi się kobieta i uprzejmym, beznamiętnym tonem informuje, że proponuje swoją kandydaturę, z uwagi na to, że ma najlepsze kwalifikacje i wykształcenie na tę funkcję.
Po sali przeszedł szmer oburzenia i generalnie foch i obraza…
I w związku z tą sceną mam dwa pytania, może ktoś zna na nie odpowiedź:
1. dlaczego taką irytację wzbudza w społeczeństwie takie wprost proponowanie siebie na jakąś funkcję / stanowisko?
2. dlaczego ludzi tak irytuje, kiedy ktoś o sobie dobrze mysli, dobrze mówi, generalnie docenia siebie (bez jakiegoś zachwytu i zarozumialstwa, po prostu docenia siebie)?