1234naba
03.09.14, 23:56
Dzisiaj jest fatalny dzień....
Mąż zły jak osa, warczał i czepiał się o wszystko o paru tygodni (ma takie fazy niestety i zmienne nastroje). Od kilku dni huśtawka nastrojów w pełni - jednego dnia rozpływa się z zachwytu i wyznaje uczucia, drugiego dnia czepia o źle postawione buty, czy nieodłożony na miejsce długopis. Ja cierpliwie znoszę, staram się ignorować (wyłączył mi tv żeby powiedzieć o długopisie, to odpowiedziałam czemu nie jest gdzie powinien i oglądałam dalej - ten się obraził i cały wieczór potem z premedytacją ignorował i traktował jak powietrze - dosłownie- bo nie wysłuchałam jego przemowy do końca). Potem znów czułe słówka, więc ja głupia uwierzyłam że to już nie wróci. Ale skąd... dzisiaj znowu bo śmiałam się przyczepić, że coś tam źle zrobił i nie wysłuchałam jego przemowy do końca (mówił podniesionym głosem a do tego dziecko mnie akurat zawołało). No i znowu się zaczęło, posypały się obelgi, że jestem wredna (usłyszałam to po raz n-ty o jeden za dużo), że od zawsze taka byłam, że jestem agresywna, złośliwa i opryskliwa itp. itd. No i coś we mnie pękło, poczułam że tracę panowanie, powiedziałam nie kłócimy się, dziecko jeszcze nie śpi, zgaśmy ten spór w zarodku - a gdzie tam.... Odmówił i zaczął "grozić" że mogę zapomnieć o wspólnym wieczorze, że spędzę go sama (tym się akurat tak bardzo nie przejęłam) i znowu wyzwiska jak zdarta płyta: ty wredna babo, ty złośliwa świnio itp. itd. Poczułam łzy w oczach, powiedziałam, że nie wolno ci tak mówić, żeby to odwołał (no tu już raczej krzyczałam niż mówiłam) i wyszłam do drugiego pokoju, niestety tracąc kompletnie panowanie, rozryczałam się głośno, rzuciłam poduchą o ścianę, pech chciał że po drodze strąciłam plastikowy pojemnik z łyżeczkami i rumor się zrobił jakbym kilka szklanek rzuciła o ziemię. Dziecko o dziwo nic nie usłyszało zajęte jakąś głośną zabawką w drugim pokoju. No i na to wszystko ktoś się dobija do drzwi. Sąsiadka z ostrzeżeniem że ona będzie reagować, że nie jesteśmy sami, że dziecko, że to nie pierwszy raz..... No myślałam że się zapadnę pod ziemię, czuję się fatalnie bo przecież nie jesteśmy jakąś patologią, nikt się z nikim nie tłukł, nie wyzywał do k... itd. Czułam się podle potraktowana przez męża a wyszłam na furiatkę i awanturnicę (bo zapomniałam że w tej naszej developerce to nawet spuszczanie wody słychać....) Zależy mi na dobrych kontaktach z sąsiadami, nie wiem czy się opieki społ. nie spodziewać, a przede wszystkim to mam ochotę się pod ziemię zapaść i czuję się podle naprawdę. Wszelkie pomysły jak z tego wybrnąć mile widziane