default
17.10.14, 08:49
Dziś w nocy. Przy naszej pomocy, gdyż niestety nie zgasła spokojnie we śnie – dostała jakiegoś ataku, jakby epilepsji, gwałtownych skurczów, skomlała, przewracała oczami, dławiła się. Prędko podjechaliśmy do całodobowej kliniki, na szczęście jest niedaleko nas. A tam jeszcze zeźliła mnie młoda lekarka, która flegmatycznie przystąpiła do rejestracji w komputerze, a na moje prośby, by formalności zostawiła na później, najpierw niech da psu głupiego jasia, poinformowała mnie chłodno, że bez wpisania do komputera to ona nic nie może zrobić. No ale nic, teraz już po wszystkim… Mam mimo wszystko żal do męża, że zwlekał tak długo z decyzją, aż doszło do takiej sytuacji. Do siebie zresztą też, że nie byłam bardziej stanowcza. Mogliśmy jej zaoszczędzić tego końcowego stresu i szoku, mogła odejść w domu, na swojej kanapie, spokojnie, a nie podczas ataku, który na pewno był dla niej dużym cierpieniem. Kolejna nauczka dla mnie na przyszłość, by w takich przypadkach nie oglądać się na niego.
Smutno mi i trochę płaczę, ale w sumie czuję ulgę, że Mafcio ma już spokój na zawsze.