Jestem mamą 3 tygodniowego synka, którego kocham nad życie. Kochałam jak był tylko kropeczką na USG, kocham teraz gdy płacze w niebogłosy i kochać będę do końca życia. Niestety, ostatnio brak mi sił. On płacze, ja płaczę... Mąż idzie do pracy, potem na siłownię, potem poogląda sobie seriale, pomoże mi robiąc butlę albo przygotowując kąpiel. W nocy śpi. Ja wstaję w nocy, przewijam, karmię piersią i dokarmiam butelką, piorę, sprzątam, odkurzam. Nic nie jest tak jakbym chciała. Mały płacze, marudzi. W dzień nie chce spać, wymusza płaczem wyciągnięcie z wózka czy bujaczka. Po kilku godzinach takich scen nie daję rady, jestem na niego zła. Nie mam siły. Czasem pierwszy posiłek jem w porze podwieczorku, sikam tylko czasami, a moje mieszkanie nie jest już tak idealne jak było do tej pory. Mały ma kolki, zanosi się płaczem, a ja ciągle chodzę zła albo zrozpaczona. Czuję, że jestem złą matką. Kocham go tak bardzo, a potrafię się na niego wściec. Mam ochotę gryźć ścianę gdy tak płacze. Noszę na rękach, karmię, tulę, wkładam do bujaczka, a on nadal jest niezadowolony. Jeszcze z psem muszę wychodzić. Ale to akurat jedyna miła odskocznia. Tylko wtedy świat widzę, oddycham świeżym powietrzem. Powiedzcie, czy to kiedyś minie? Czy też tak macie? A może jestem zaburzoną i złą matką?