asia_i_p
23.02.15, 11:58
Jestem nosicielką wirusa żółtaczki wątrobowej typu B.
Kiedy urodziłam córkę, zalecenie brzmiało - karmić piersią. Kiedy urodziłam syna - karmić piersią, ale nie wtedy, kiedy brodawki są popękane. Na wizycie kontrolnej z synem w Poradni Chorób Zakaźnych usłyszałam - no, jeśli pani robiła wszystko według zaleceń, nie karmiła piersią, to jest minimalna szansa, żeby się zaraził.
Stwierdziłam, że prawdopodobnie każdy mówi z punktu widzenia swojej specjalizacji - i dla pediatry małe szanse zarażenia w porównaniu z dobrodziejstwami karmienia piersią nikną, dla kogoś, kto zajmuje się wyłącznie żółtaczką, to są jednak szanse zarażenia. Zaczęłam szukać w sieci. Znalazłam po angielsku wyniki dosyć świeżych badań, z których wynikało, że przy karmieniu z nieuszkodzonej piersi ryzyka zakażenia tą drogą nie ma.
Niestety, w tych badaniach była podana jeszcze jedna informacja - że wirus przenika do mleka. Byłam przekonana, że nie, nigdzie nie podawano informacji, że tak jest, mam wręcz wrażenie, że słyszałam informację przeciwne. A problem polega na tym, że po podcięciu wędzidełka u syna kazano mi go nakarmić, żeby przytłumić krwawienie. Czyli mleko z wirusami w świeżą ranę.
Jutro odbieramy wyniki badania HBsAg DNA. Zwykły HBsAg wyszedł niereaktywny, ale to podobno za mało, żeby wykluczyć zakażenie. Co oznacza, że córce, przy której pojęcia nie miałam o tym, że wolno tylko z nieuszkodzonych brodawek i która się na pewnym etapie opijała moją krwią jak młody wampir, będę musiała też zrobić to HBsAg DNA.
Boję się, że pozarażałam dzieci, zwłaszcza młodego, bo tu chyba ryzyko było większe. Pocieszam się tylko, że może się upiekło, bo mam niereplikujący wirus od lat.