Dziewczyny

Kobiety

piszę pierwszy raz, a czytam od dawna i korzystałam z wielu wypowiedzi w róznych wątkach. Potrzebuje wsparcia i chętnie skorzystam z Waszych doświadczeń życiowych. Gdybym chciała opisać wszystko, byłoby długo i bardzo bardzo smutnie. I przepraszam, że i tak długie.
Mam za sobą wiele, wiele latach opieki nad ciężko chorą matką. Około 10 lat byłam m.in. opiekunem, pielęgniarką (przez 1,5 roku codzienna zmiana opatrunków), bankomatem, wsparciem psychologicznym, oczami, nogami i na pierwszym froncie w 'walce" z systemem zdrowia w PL, ojcem, matką, mężem. Chorób kilka skomplikowanych, śmiertelnych powodujących niepełnosprawność plus wynikające z tego trudne sytuacje psychiczne mojej matki łącznie z jej depresją. Jak z jednego wyszła, to sypało się wszystko dalej. Jak już była prosta, to następował następny kryzys zdrowotny. Doświadczyłam wielu dramatycznych i traumatycznych sytuacji, które odchorowałam. Mam siostrę, która również pomagała, ale to na mnie spoczywał największy ciężar, bo byłam z matka na codzień i w najtrudniejszych chwilach i na codzień z wielkim cierpieniem. Nie mamy tu rodziny (wujków, kuzynek itp.), mój tata zmarł jak miałam 18 lat. Ok. 4 lat nie spałam normalnie, bo takie były sytuacje. Do tej pory cierpię na bezsenność. Starałam się normalnie żyć, spotykac z ludźmi. Cały czas pracowałam. Byłam sama w tym wszystkim. Bez urlopu. Żyłam w permanentnym stresie i zmęczeniu i radziłam sobie....świetnie. Bo taka byłam całe życie. O blskiej relacji nie było mowy, bo mój czas to była praca i opieka. Ktoś tam się pojawiał, ale nie było miejsca i czasu na moje życie. A ja też nie chciałam kogos obciążać. Teraz wiem, że to był błąd, że nie zwróciłam się do innych ludzi o wsparcie, ale moim sposobem na radzenie sobie było nie mówienie o tym co tak naprawdę doświadczam. To był mój mechanizm obronny, aby przetrwać i się nie rozsypać. Dupowaty z perspektywy czasu

Bo zapłaciłam za to dużą dużą cenę. Jak patrzę na to z perspektywy czasu, to nie wiem jak dałam radę psychicznie, fizycznie i finansowo. Chodzę na terapię, ale to długi i cięzki proces. Wiele "rzeczy" i strat przerobiłam. Ale sama terapia nie wystarcza. Ciągle nie mogę stanąć na nogi. Odzywają się stany depresyjne, życie w środowisku "choroby" spowodowało u mnie zamknięcie w sobie. Od jakiegoś czasu sytuacja jest taka, że mogę teraz myśleć o sobie i zająć się sobą. W ciągu ostanich 2 lat dokształacałam się, aby pomyśleć o poprawie finansów ale też i swoim rozwoju. Mam pracę, ale kiepsko płatną. To w czym podnosiłam kompetencje pozwoli mi dodatkowo pracować i zabezpieczyć na przyszłość, ale to wymaga dużego wysiłko. Ostatni rok zbierałam doświadczenie w tym obszarze, bo jest to istotne. Jest to branża, która wymaga dobrego samopoczucia, energii i pracy na forum z ludźmi. Lubię to robić. Zrobiłam dużo w tym kierunku, ale...wysiadam, nie mam już siły. Chciałabym w końcu stanąć na nogi również finansowo. Choroba matki mimo jej dochodów, niestety pochłaniała tyle kasy, całą kasę również moją .Dałam radę bez długów, ale odbierając sobie. Mogłabym być ekpertem na forum Oszczędzanie

Chciałabym zamknąć ten etap, iść do przodu (iść szybciej do przodu), bo przeciez idę, ale również bardziej otworzyć sie na innych ludzi i świat, nauczyć się dbać o siebie - bo to wszystko to negatywne pozostałości po tych doświadczeniach. Jestem zaraz co 40+, wykształcona, zawsze byłam zaradna,uśmiechnięta, radząca sobie, według opinii innych atrakcyjna, pracowita, zawsze wspierałam innych - piszę o tym, bo na zewnatrz nie widać co przeżyłam i co przezywam. Co stanę na nogi i prę do przodu, to dopada mnie dół. Najgorsze są stany, kiedy czuję się bezradna jak dziecko i trace wiarę, że sobie poradzę.

Dziewczyny dajcie proszę jakieś mądre życiowe rady, jak sobie radziłyście z trudnymi sytuacjami w życiu po przejściu tsunami, jak wszystko runęlo?
Na chwilę obecną moge liczyć na wsparcie terapeutki.
Chętnie przyjmę wsparcie i coś z poczuciem humoru.
Może mam skrzywienie, ale mało doświadczam empatii czy zrozumienia od innych. Ludzie mają inne sprawy lub sa obojętni, lub dowartościowują się tym, że ktos ma gorzej - chcę zmienic te zdania o innych.
Takie a nie inne decyzje życiowe i wybory podjęłam, wziełam to na klatę.
Chcę zawalczyć o siebie.
Jak nie tracić wiary w siebie i wiary, że się uda, jak trzymać się celu, jak nie tracić motywacji?
Dziękuję za dotrwanie do końca.
ps. Wiem, że inni maja gorzej i doceniam to, że jestem zdrowa fizycznie i uważam, że pieniądze są potrzebne do szczęścia
ps.1 a propo wątku, komu państwo powinno pomagać - opiekunom i wspsieraczom finansowym osób obłożnie chorych, chociaż raz na 5-7 lat opłacony miesięczny wyjazd wypoczynkowy, aby nabrali sił i mogli dalej zarabiać i finansować koszty opieki i choroby bliskiej osoby w PL i opiekować sie nią