pitahaya1
29.07.16, 15:15
Taka oto sytuacja:
Dwie osoby: Ania i Bogdan.
Bogdan od lat dręczy, znęca się nad Anią. Znęcanie się w dużym wymiarze, nie takie tak szturchanie łokciem przy obiedzie. Gnębienie fizyczne, ale i psychiczne. Nie wnikajmy, dlaczego Ania nie uciekła w porę w siną dal.
O tym wszystkim wiedzieli znajomi i rodzina.
Znajomi nie wtrącali się lub stanęli po stronie pokrzywdzonej. Nie utrzymują kontaktu ze sprawcą.
Ale rodzina już niekoniecznie.
Ci uważają, że to sprawa między tymi dwiema osobami.
I niby tak, ale Bogdan jest cały czas zapraszany, atmosfera jest taka, jakby nic się nie działo, choć Ania ma obrażenia poważne i trwałe uszkodzenia ciała.
Ania uważa, że rodzina (jej rodzina) powinna stanąć po jej stronie, wesprzeć ją i dać do zrozumienia, że zachowanie Bogdana jest nieakceptowane. Przestać zapraszać na uroczystości, na obiadki.
A tak nie jest...
Ta sama rodzina bez skrupułów odseparowuje innego członka rodziny, którego przewinienia są tak śmiesznie niskie, że można je sobie przy obiedzie wytłumaczyć, przeprosić i pójść dalej.
Skąd taki podział? Skąd takie rozstrzał w podejmowaniu decyzji?
Czyżby bicie, znęcanie się było mniejszym przewinieniem niż spór o jakąś bzdurę?