tak na kanwie wątków o przedszkolu w Norwegi, problemów około szkolnych oraz wspominkowych z naszego dzieciństwa zastanawiam się co z nami -rodzicami- jest nie tak.
za moich czasów dziecko z kluczem na szyi to była normalka, dzieciaki same łaziły do szkoły, (ja dojeżdżałam przez pół miasta autobusem od 1 kl SP), łaziły po drzewach, przesiadywały cały czas na polu, skakały po trzepakach ale także musiały zaopiekować się rodzeństwem, czasami ogarnąć posiłek, umyć naczynia, posprzątać (a pastowanie podłóg ktoś pamięta?>

). Maluchom do zabawy wystarczył garnek , drewniana łyżka i zabawa na pół dnia, samemu szyło się ubranka dla lalek a nawet same lalki.
Natomiast nasze niuniusie, w wieku lat 13-14 muszą być odwiezione bo mogą nie wsiąść do właściwego autobusu albo wysiąść na złym przystanku (z wątku o odprowadzenie na rozpoczęcie roku). Posiłki ciepłe w placówkach bo inaczej choroby gwarantowane, kazanie dziecku przebywać na deszczu czy taplać się w błocie to niemal szkoła przetrwania (my jako dzieci łaziłyśmy po innym deszczu i radośnie taplałyśmy się w innym błocie, mniej śmiercionośnym>

), katarek to niemal śmiertelna choroba. Jednocześnie nikt nie może naszego niuniusia skrytykować. Od malucha dostarczamy im zabawek mrugających, świecących, gadających (najlepiej po angielsku), przy których tak naprawdę dzieciaki mało się rozwijają.
I zbieramy pokłosie, nasze dzieci są roszczeniowe, leniwe, nieznoszące krytyki, chorowite. Wiem, że uogólniam ale prawda taka, ze w większości jesteśmy matki-kwoki, tak dmuchamy na nasze dzieci, że robimy im krzywdę.