angeka2
10.12.17, 21:09
Roznosi mnie *@%$&^@%$&. Teściową śmieszy wożenie dzieci w fotelikach, bo przecież kiedyś nie było fotelików, a poza tym można przecież jechać wolno i uważać. Kiedy męża nie było, a ja wracałam skądś z córką komunikacją miejską, to zawsze biadoliła, że przecież w taxi nie trzeba mieć fotelika i czemu robię cyrki i męczę dziecko komunikacją. Żadne moje agumenty nie docierały, przerobiłam wszystkie, łącznie z prezentacją filmów z internetu.
Ale wczoraj przegięła. Młodsze dziecko spędziło kilka dni w szpitalu. Mąż kursował między domem a szpitalem, a ponieważ młodsze na oddziale zakaźnym, to córkę zostawiał u teściów. Wczoraj miał ją odebrać, ale wpadł jeszcze do domu ogarnąć przed naszym powrotem i zrobić coś do jedzenia.
Teściowa jednak uznała, że już jest mocno zmęczona wnuczką, więc zamiast czekać na syna, to ją odwiozła z teściem do domu. Wsadziła ją po prostu na tylne siedzenie do auta, zapięła jej pasy, trzymała za rączkę w czasie jazdy (teść prowadził) i przyjechali tak do nas.
Jak się dowiedziałam, to zadzwoniłam i zrobiłam aferę. A teściowa ze śmiechem, że przecież nic się nie stało, teść jechał ostrożnie, a do nas nie jest daleko (jakieś 10min samochodem). Mam wrażenie, że fakt, iż nie wydarzył się wypadek traktuje jako potwierdzenie, że ona oczywiście mia rację i foteliki nie są potrzebne na krótkie i powolne trasy, a ja jestem histeryczką.
Teraz jak gdyby nigdy nic wysyła sms typu "jak dzieci" itd., a ja mam ochotę strzelić jej w durny pysk. Mąż mówi, że nie warto w kółko wałkować tego tematu, po prostu nie będziemy więcej prosić jej o pomoc przy dzieciach, a mnie nosi! Szczególnie że traktuje to jakby nic sie nie stało!