mag1_k
16.02.18, 19:15
Znamy się i spotykamy od dwudziestu lat (panią znam jeszcze dłużej, od dzieciństwa). Zastanawiam się, czy to znajomość z sentymentu, bo kiedyś za młodu się przyjaźniłyśmy, czy przesadzam w moim osądach.
Drażni mnie ich wieczne spóźnianie. Potrafili się nawet spóźnić prawie godzinę na urodziny córki organizowane w bawialni i prawie dwie godziny na kolejne przyjęcie organizowane przez siebie w lokalu. Rodzina zaproszona widzę nic nie mówi, nie komentuje, przynajmniej nie przy wszystkich wprost. Przełknęliśmy raz drugi dziesiąty. Już się troszkę wyrobili i starają nie spóźniać aż tyle. Widzę że znajomi i rodzina wymyśla wymówki, aby wymiksować się z kolejnych spotkań. Jakieś niekończące się choroby i inne mega naciągane.
Ucieszyłam się, jak się pojawiło u nich dziecko. Myślałam, że będzie sporo wspólnych tematów i nasze dzieci się zaprzyjaźnią. Jednak w krótkim czasie okazało się, że wszystko jest wielkim problemem. Nie ma możliwości, aby przyjechali do nas ot tak sobie na parę godzin, bo z dzieckiem koniecznie trzeba jechać na drzemce. Często w związku z tym przyjeżdżają w godzinach późnowieczornych około g.22, kiedy dziecko w samochodzie powinno spać. Podobno źle się czuje w czasie jazdy. Mówię niech weźmie lokomotiv czy coś innego, nie, nie będzie dziecka truła itp... Oczywiście po przyjeździe teoretycznie możemy jako gospodarze iść spać, ale kolega wyciąga wino i widać, że oczekują nasiadówy. Nasze dzieci budzą się najpóźniej około 7 rano, chodzą spać wcześnie, więc domyślacie się, jak jesteśmy nieprzytomni podczas kolejnego wspólnego dnia. Poza tym bardzo wymuszają na nas gościnę z noclegiem. Mieszkamy jakąś godzinę od siebie, więc wolimy zdecydowanie spotykać się na parę godzin, tak jak z miejscowymi. Odległość moim zdaniem nie zmusza do goszczenia ich przez cały weekend. Po prostu nie lubię, jak muszę uważać przez całą dobę, aby być stosownie ubraną, nie wydać jakichś niewłaściwych dźwięków itp. co jest naturalne przy domownikach. Wiadomo przy gościach zachowujemy się i wyglądamy inaczej niż podczas normalnego funkcjonowania w domu. Wolę też mieć przygotowane jedzenie na normalne przyjęcia, a w tym przypadku stoją i się patrzą na ręce. Koleżanka dyryguje, że powinnam szybciej zamykać lodówkę, nie tak smażę naleśniki, a ona inaczej panieruje mięso itp. itd. Mam tego dość.
Kolejny problem polega na tym, że znajomi cały czas bawią się ze swoją córką, więc jest ona do tego przyzwyczajona. Podczas spotkania nie zauważa moich dzieci, tylko ciągnie ojca albo mamę za rękę do pokoi dziecięcych na górze, więc nie sposób porozmawiać przy stole w gronie dorosłych. W tym czasie moje dzieci są wyraźnie zdezorientowane, bo nauczone do zabawy ze sobą i dziecięcymi gośćmi. W tym przypadku to jest mego niewypał. Jak już znajomi usiądą przy stole, to siedzą wyraźnie jak na szpilkach i widać, że czekają, kiedy już będzie wypadało pójść z dzieckiem na górę.
Jeszcze jedno, to ta kropka nad i. Znajoma oczekuje, że ja jako chrzestna też będę się bawiła z jej córką podczas spotkania. Widzę, że jest to źle odbierane, kiedy próbuję dorosłych ugościć przy stole, a nie spędzać czasu w pokoju dziecięcym. Czy coś ze mną nie tak, kiedy dla mnie naturalnym jest podział na dziecięcych i dorosłych gości. Ich jedynaczka jest dopiero dzieckiem przedszkolnym, ale już widać, że nie potrafi się znaleźć wśród dzieci. Zresztą wśród dorosłych też nie, bo nie za bardzo reaguje kiedy próbuję ją zagadnąć.
Jak się zachować, co zrobiłybyście na moim miejscu? Nie raz miałam już ochotę na mega ochłodzenie, bo czuję, że co nie zrobię to źle. Oczywiście zaznaczam, że akceptowany i pożądany przez pozostałych znajomych nasz styl bycia i organizacja spotkań jest wyraźnie nie w smak tym, o których wątek. Po prostu jak przyjeżdżają, to nie wiem, czy zająć się ich dzieckiem, aby było dobrze. Czy robić coś do jedzenie, do picia, czy nie wiem już co. Atmosfera jest ciężka, a oni też milczą i szczerze się nie wypowiadają. Co jakiś czas rzucą parę mądrości książkowych, wyczytanych w poradnikach, bo czują się wiadomo najmądrzejsi w swoim całym otoczeniu. To chyba wszystko najistotniejsze.
Może jeszcze jedno. Jak przyjeżdżamy do nich, to też znajoma dopiero zabiera się na robienie ciasta (serio) czy cokolwiek innego, bo wcześniej nie miała rzekomo czasu (nie pracuje, czasu na pewno ma w bród, tylko organizacja tragiczna). Też się zastanawiam wtedy czy pomagać, czy siąść przy stole jak na gościa przystało, czy leźć na górę do pokoju dziecka (bo tego zapewne też u nich oczekują). Ona generalnie nie ma na nic czasu, choć jedno zdrowe dziecko czasy dzień w przedszkolu i zero pracy zawodowej...Nie ma szans, aby zdążyła do przedszkola na ósmą, spóźnia się codziennie o godzinę. Ręce mi opadają i nie wiem jak reagować, kiedy słyszę i ciągłym niedoczasie, bez powodu.
Mąż ma ich serdecznie dość, ale godzi się na wszystkie te spotkania dla mnie, wiem o tym.
Napiszcie szczerze co robić. Ochłodzić nie bardzo chyba, bo jestem chrzestną.