piataziuta
28.09.18, 11:38
Co się z wami dzieje, ludzie, że z roku na rok zachowujecie się w miejscach publicznych coraz gorzej?
Czy to sieciówki nauczyły was, że można wejść do sklepu nie dbając o "dzień dobry/dziękuję/do widzenia" nabrać 50 rzeczy, pomierzyć, pobrudzić, podeptać i wyjść zostawiając wszystko na podłodze w przymierzalni? A ekspedientka powinna z szerokim uśmiechem na ustach szybko pobiec, posprzątać, podziękować, zaprosić ponownie i życzyć udanego dnia?
Do poruszenia tego tematu natchnął mnie wątek amoreski "kto ma rację - ja czy ekspedientka", w którym amoreska o 6.45 mówi "MUSI mi pani wydać ze stówy" i jest zszokowana, że ekspedientka odpowiada "NICZEGO NIE MUSZĘ".
Wszak ekspedientka powinna od 6 rano uśmiechać się szeroko, mieć wydać, choćby dziesięć osób po kolei przyszło płacić pięćsetkami, a przy tym pocałować amoreskę w rzyć, że ta raczyła zostawić u ekspedientki dziesięć złotych.
Podobną roszczeniowość można zaobserwować na drogach, gdzie ma się wrażenie, że większość charakteryzuje postawa Pana i Władcy (Palanta i Wieśniaka), któremu należy ustępować i przepuszczać, bez względu na to czy ma pierwszeństwo, jednocześnie on sam nie wpuszcza nikogo i jeszcze przyspieszy, gdy widzi, że ktoś się chce włączyć. Pan i Władca (Palant i Wieśniak) przyspiesza jednak tylko, żeby uniemożliwić drugiemu człowiekowi manewr, po czym zwalnia i dalej toczy się jak ślimak.
Co sprawia, że gdy jedzie się tankować o 8 rano i przy stacji robi się kolejka, panna tankuje, idzie zapłacić, wychodzi po 20 min z kawką, a potem następne 20 min siedzi w samochodzie, popijając tę kawę i czyta coś na smartfonie, zamiast odjechać kawałek dalej i umożliwić tankowanie czekającym w kolejce kierowcom?
Co się z wami dzieje, kobiety, że wchodząc do publicznej toalety nie chce wam się spuścić po sobie wody, nie wspominając o użyciu berła, ani o tym, że wychodząc nie myjecie rąk po skorzystaniu z toalety (stojąc dłużej przy umywalce zdarzyło mi się liczyć: 7 kobiet na 10 nie umyło rąk po wyjściu, a w tym dwie po "dwójeczce")?
Jak to jest, że gdy zdarza mi się kupić ciuch przez internet, ten potrafi śmierdzieć kilkudniowym ostrym potem? Kupujecie szmaty, nosicie przez tydzień, a potem robicie zwrot do sklepu? Niczym Jarosław Kuźniar z nartami w Walmarcie?
To tylko kropla w morzu, przykłady mogłabym mnożyć.
Czy ktoś mi wytłumaczy skąd się to bierze?
I czy tylko mi się wydaje, czy roszczeniowość i bezczelność Polaków się w przeciągu ostatnich kilku lat nasiliła i nasila się coraz bardziej?
Nie wstyd wam?
Ps. Uprzedzając wysyp postów pt. "na jakim zadupiu to ja żyję" i "w jakim środowisku" i że "współczujecie znajomych", odpowiadam: w Warszawie, w dużej dzielnicy blisko centrum, a przypadki podaję z życia publicznego warszawiaków, a nie z moich prywatnych relacji.