terazitam
17.12.19, 16:30
Może przez okres przedświąteczny, tak bardziej nostalgicznie. Pochodzę z większej rodziny, w sumie czwórka rodzeństwa, każde już (łącznie ze mną) ze swoimi rodzinami i dziećmi. U mnie to model 2+1, ale dwaj bracia i siostra mają większe rodziny. Dopóki żył ojciec i wuj (brat matki), cała rodzina, także dalsza trzymała się razem. Święta, dodatkowe spotkania w roku (latem, jesienią), urodziny, uroczystości. Wszystkiemu oni patronowali. Tego samego roku zmarli w odstępie 9 miesięcy. To był 2016 r. I od ich śmierci rodzina się rozeszła. Żadnych spotkań. Jedynie smsy, coraz rzadsze zresztą, na święta. O urodzinach, imieninach nikt nie pamięta. Komunie / chrzciny we własnym gronie. Mój mąż wzrusza ramionami i mówi, że to normalne. Ojciec i wuj byli charyzmatyczni i to oni spajali rodzinę. Gdy ich zabrakło, każdy zajmuje się tylko sobą i nie ma ludzi integrujących. Ja wiem, że to jest racja, ale trudno mi się z tym pogodzić (mąż nie czuje klimatu, bo sam jest jedynakiem i ma malutką rodzinę). Nikomu nic nie wyrzucam, sama przecież mogłabym coś zrobić, ale wiadomo, że ja tego nie pociągnę. Po prostu mi smutno, że to takie płytkie, powierzchowne i słabe wszystko. Zabraknie jednej osoby i wszystko się sypie. No szkoda.