Wczoraj uczestniczyłam w życiu nocnym stolicy jak za dawnych lat, coś co miało być wypadem z przyjaciółką na małe co nieco, dzięki spotkaniu znajomych i znajomych znajomych przerodziło się całonocne spotkanie, ze zmiana lokali, spacerem nocą Traktem Królewskim, itp.
I przeżyłam właśnie..dysonans? Bo z jednej strony 4 fala u bram "enemy at the gates" media trąbią, tymczasem na mieście tłum, w restauracjach mimo cen oblężenie, ludzie siedzą sobie na plecach, stoliki gęściutko (na zewnątrz, ale tez w środku), nikt, nawet obsługa nie nosi maseczek. Morze i Zakopane śmiem twierdzić zachowują reżim sanitarny. I tak podobno jest od czerwca.
I co?
A komunikacja miejska nocą - 90% bez maseczek, czułam się jak Azjatka

I teraz jak słyszę, że już za dwa tygodnie będzie 15 k zakażeń, to esię pytam - jakim sposobem za dwa tyg już tak, a teraz i od prawie 2,5 miesiąca nic takiego się nie dzieje. Ludzie wracają z wakacji już dwa miesiące, uczestniczą w takich wydarzeniach jak ja wczoraj i nic. Nie wierzę, żeby zarówno nad morzem , jak i w stolicy bawiła się grupa 90% wyszczepionych, tym bardziej, ze to głównie młodzi ludzie.
Przestaję to wszystko rozumieć